Fotografia 14.


Północny Kazachstan. Ławka w Semipałatyńsku. Ale mogłoby być wszędzie. W tym sensie świat w różnych jego częściach jest do siebie bardzo podobny. Gdyby nie podpisy pod zdjęciami, mogłoby to być wszędzie. Kawałek twórczej magii: piksel określany przez pozostałe piksele, sam w sobie będąc neutralnym. Na fotografii nie widać meczetu obok, dużego placu z biegającymi dziećmi i nuklearnych poligonów wokół miasta. Rysy kobiety też są ukryte. Na pobliskich ławkach takie same sceny. Setki podobnych zdjęć i tysiące jednakowych sytuacji. Nic nie szokuje, a oddaje jedynie codzienność. Powtarzalność losu. Przykuwa biało-czerwony detal.

Listopad. Lubię wyjeżdżać w tym czasie, gdy jesień rozkłada swoje kolorowe dywany. Pamiętam targ w uzbeckiej Bucharze, gdzie uliczni sprzedawcy proponowali zakup ogromnych, stumetrowych dywanów, bym w Polsce mógł je rozkładać w meczetach. Pamiętam bazar w Teheranie: Hossein, siedząc na stertach swoich carpetów, pałał chęcią wydłubania mi oczu za całe zło na Bliskim Wschodzie. A nieopodal był sklep, do którego na herbatę zaglądał Kapuściński. Morad (syn dawnego właściciela) dał mi kilka dywanów na pamiątkę. Na rogu Kargar i Fetami wstąpiłem potem do muzeum, w którym najstarsze chodniki miły przeszło 2000 lat.

Dzisiaj liście ścielą dywany. Kilka dni w Bratysławie, Wiedniu i Pradze. Trzy stolice jak trzy siostry, oddalone od siebie skrawkiem autostrady. Wszędzie pełno Japończyków. A może to Chińczycy? Wszędzie pełno Azjatów. Kundera ustami malarza powiedział to tak: I zapamiętaj sobie, że malarz jest na świecie nie po to, aby coś odrysować, lecz żeby stworzyć na papierze świat swoich kresek.

Tak, w sumie każdy tka swój dywan. Spotykam Annę. Przyleciała na kilka dni z Moskwy. Opowiadam jej o mojej ostatniej podróży w tamtej rejon. Na niektóre pytania odpowiada, na niektóre nie – jakby nie znała odpowiedzi, bądź ta jest zbyt bolesna, by wybrzmieć. Cisza zniesie więcej. Tutaj wszystko jej się podoba. Najważniejszym słowem dla niej jest Schengen. Nie wie, co to Unia Europejska – nie zna tego stowarzyszenia. Gdy ląduje w Słowacji myśli, że to Słowenia i szuka na mapie Ljubljany. Podobają jej się nasze drogi, sklepy, chodniki. Mówi, że ludzie są mniej szarzy niż w Moskwie. Robi zakupy na potęgę. Gdy zaczynam dociekać, za nieszczęścia w swoim kraju obarcza tych, którzy rządzą. Nigdy nie głosuje, nie chodzi na wybory. Wyraźnie oddziela naród od władzy. Ma 28 lat i długie, krucze włosy.

Wiatr wieje coraz silniej odpędzając jesień. Gasną znicze na cmentarzach. Półtorej miesiąca do końca roku i potem trzy miesiące zimowej otchłani. Dywan będzie w kolorze białym. Lubię Kunderowego malarza. Doświadczenie podróży. Wracam na chwilę do fotografii. Na zdjęciach wszystko wygląda OK – jak na wypudrowanej tancerce z Moulin Rouge. Jednak poza kadrem zawsze jest inaczej, a konkluzja chadza drogą niemal wprost proporcjonalności. Im więcej tuszu, tym więcej do zatuszowania. Za migawką był strzępek nerwów – o tym nie pisze się w książkach. Tego nie znajdziesz w kolorowej TV. Podróż jest piękna, gdy jest prawdziwa – a jest prawdziwa, kiedy gryziesz kamienie. Można czytać o drodze i można ją przebyć. Gdzieś po głowie dźwięczy mi wciąż zdanie: Kto czyta, nie błądzi. Ale kto nie podróżuje, ten umarł. Żeby napisać o rzece, trzeba się przez nią przeprawić. Baker o Hemingwayu: „…w drodze powrotnej popijał piwo marząc o przyszłości. Pragnął teraz jedynie wrócić do Afryki. Był spragniony czegoś więcej: zmian pór roku, deszczy bez konieczności podróżowania – a nawet niewygód, za które się płaci, żeby było to rzeczywiste. Chciał tam osiąść, nauczyć się języka, nie spieszyć się przed nadejściem deszczy, działać powoli”. Gdy mijają kolejne tygodnie od powrotu, ciągle jestem liczony na deskach. Zamroczenie po lewym sierpowym: nigdzie nie znajdziesz sobie miejsca. Przekleństwo podróży. Piekielna banicja. Bruk dudni w głowie. Wraca każdy człowiek, każdy kilometr. Doświadczenie podróży nie kończy się w dniu powrotu. Zagina i krzywi się czas: o jednej godzinie myślisz cały dzień, a psy gryzą nogawki. Z kąta w kąt liczysz razy. Podróż to lunaparkowa karuzela: trudno na końcu ustać. Dziś nie wiem, jak to wszystko opisać, bo słowa są za krótkie. I za szybkie. Patrzę na jedno zdjęcie i język staje kołkiem: tak jest zawsze po. Czym więcej reportaży, tym mniej reportażystów. Im mniej słów, tym więcej bieli.