Live

12045374 10206101428273548 8224426943227789199 O

Andrzej Madej. Misjonarz z Turkmenistanu.

Andrzej Madej. Misjonarz z Turkmenistanu – albo ksiądz z Księżyca, jak kto woli. Oblat pełną gębą. Dziurawe buty, spodnie z wiskozy, sweter tyle co podarował mu znajomy proboszcz, bo w PL zimno. Znamy się ze sto lat i o jeden dzień dłużej. Siwy. Cierpliwy. Twardy. Takich księży już nie ma – albo są, ale na Księżycu. Cyferblat zegarka trzyma w kieszeni, bo kilka lat temu pękł pasek.
Siedzimy parę godzin w pierogarni. Czasem mówi tak głośno, jakby stał właśnie na ambonie: ludzie przestają jeść, dzieci nie płaczą, kelnerzy stają w pół drogi. – Mówię ci, tylko Jezus, reszta nie ma znaczenia. Tylko Jezus! Pije kawę i podbiera mi pierogów.

Pytam go o islam. – Na osiemnaście lat pobytu w islamskim kraju tylko raz spotkała mnie jakaś docinka, i to w dodatku ze strony podchmielonej młodzieży. To święte rodziny, czasem zastanawiam się, co ja tam robię. Opowiada historię za historią. Nigdy tyle nie zobaczę. Nigdy.

Trzy lata temu, na trasie azjatyckiej podróży, odwiedziłem go w Turkmenii. Plus pięćdziesiąt w cieniu. Biedna misja. Skrzypi ubóstwem aż miło. Na bramie próżno szukać krzyża – tylko ryba (tłumaczy, że nie chce się obnosić). W pokoju jak w piekarniku – skwar nie do usiedzenia (tłumaczy, że ludzie nie mają tutaj klimatyzacji). Pytam, ilu chrześcijan ma pod opieką – mówi, że na piętnaście lat posługi zbierze się jakieś sto pięćdziesiąt osób. Kiedy odjeżdżam, leje mi ropy do pełna.
Gdy na co dzień słyszę w polskich mediach rozpolitykowane duchowieństwo: złe na cały świat, stetryczałe, obłąkane nienawiścią i oderwane od rzeczywistości (zwyczajnie wrogie, wrogo nastawione, nie empatyczne), to myślę o Andrzeju. Wiem, że takich jak on jest wielu, ale niestety zazwyczaj mieszkają na Księżycu.
Na pożegnanie wciska mi w rękę swoją nową poezję. Tom „Pieśń o tryskających źródłach”.