Live

12045794 10205947495865334 3954925300059147343 O

Z życia wzięte.

Środkowa Afryka. Na szutrowej drodze, pod wielkim baobabem, pęka mi koło – opona na strzępy. Gdy wymieniam, przychodzi ktoś z sawanny, zabiera tę porozwalaną gumę i cichaczem odchodzi. Potem dowiaduję się, że miejscowi wyciągają z opony druty i robią z nich metalowe stelaże na wieczorne ognisko (podstawki na garnki, ruszt), a gumą palą jak drewnem. Nic nie może się zmarnować.
Środkowa Europa. Burzę przy domu stary, żelbetowy mur. Piła, młot ręczy i automatyczny, mięśnie. Wieczorem schodzą się łaziki i złomiarze. Ruiny muru znikają w mgnieniu oka. Potem z okien widzę, jak pod wielkim kasztanowcem rozłupują młotkami beton, wyciągają stalowe zbrojenie (element po elemencie) i rano kierunek: skup złomu. A ja? A ja zbieram resztki tego rozłupanego gruzu i zasypuję przy domu jakąś entą dziurę. Nic nie może się zmarnować.

Świat. Bezdroża. W hotelu prosisz o pokój z łazienką. Dostajesz z łazienką (często słono za to przepłacając), ale to nie znaczy, że jest woda… – nie umawialiśmy się na wodę, tylko na łazienkę. A jeśli masz już szczęście, że woda leci lekkim ciurkiem z kranu, to wcale nie znaczy, że czysta i ciepła. Tak samo z pokojem z klimatyzacją: prosisz i dostajesz. Płacisz jak za zboże po tygodniu karczemnych upałów, ale to nie znaczy, że jest prąd. Dzierżysz w dłoni nowego pilota on/off – i to wszystko.
Polska. Wtorek. Stoję na poczcie już z pół godziny. Mężczyzna przy okienku chce wysłać fax (kto dziś wysyła jeszcze faxy? – inny temat…). Pani mówi, że nie ma takiej usługi, że nie świadczy. Mężczyzna ostro ciągnie swoje, że przecież obok na biurku jest/stoi/leży fax. I słyszy odpowiedź: – Drogi panie, że jest fax, że widzi pan fax, to przecież nie znaczy, że działa.