Live

ZEA XII 2010 7

AEA.

Nie zdziwiłbym się, gdyby za dwieście, trzysta czy pięćset lat powstała AEA. Może za tysiąc lat – nie wiem. Wielki organizm polityczno-gospodarczy stworzony/powstały z terenów północnej Afryki (wszystko mniej więcej powyżej Sahary), z całej Europy i ze Wschodu (granica na Uralu, na Chinach, z całym dzisiejszym Bliskim Wschodem). AEA – po prostu. Afryka-Europa-Azja. Jedna monoteistyczna religia – chrześcijaństwo, islam, judaizm. Z Morzem Śródziemnym jako z wewnętrznym jeziorem. Jakaś synkretyczna kultura. Cywilizacja obrazkowa. Bez pieniędzy – wszystko na źrenicę. AEA. Dwa miliardy ludzi. Albo trzy. Taka Euro-Afryka. Albo Euro-Arabia/Azja. Wszystko razem. Europejski rozum i afrykańsko-azjatycka dusza. Plus minus. Z językiem angielsko-arabskim, albo tylko po angielsku, bez znaczenia. Przeciwwaga dla wielkich Chin i dla wielkiej Ameryki. AEA.

Kilka lat temu siedziałem w Ammanie z tamtejszym uniwersyteckim profesorem. Piliśmy w przyjaźni herbatę – trochę ciekawi siebie, i trochę w obawie. Czekał na mnie dwa dni, bo statki do Akaby strajkowały. Łamana moja i jego angielszczyzna. Na plecach piął nam się w górę amfiteatr z II wieku. Dobrze wiedział, że Europa jest w kryzysie, że humanizm „klęka”, że kupując ropę i gaz płacimy dolarami/euro, które oni potem wydają m.in. na zbrojenia. Długo był w zadumie. Słońce tak zachodziło, że z godziny na godzinę wydawał mi się starszy i bardziej siwy. Skończył nasze spotkanie niby frazesem, trochę od niechcenia – jednak z pewnością jordańskiego kupca. I powtórzył z dwa razy: wy nie przegracie, wy macie uniwersytety. Macie uniwersytety i coś wymyślicie.