Fotografia 1.

Islandia, VI 2010 036Zdjęcie ma kilka lat. Przedstawia Merlin Monroe w bliskim towarzystwie dwóch braci Kennedy. Zrobione na Islandii. Enta kopia oryginału wisiała na wystawowej witrynie jakiegoś antykwariatu. Razem z innymi przypięta biurowym spinaczem do koślawego sznurka. Obok czarno-biały Stalin, pewnie na Placu Czerwonym. Fotografia tej trójki (stojącej razem) jest jedynym na świecie takim ujęciem. Wydaje się, że Monroe nie wie, co zrobić. Rozmawia? Chce iść? Zwraca się do jeszcze kogoś? To zdjęcie o dwóch drogach. Człowiek na rozwidleniu. Ona na rozwidleniu. Jakie twarze mają bracia? Czy to przypadkowe spotkanie? I wszyscy troje nie zmarli później śmiercią naturalną…

Zdjęcia zdjęć. Reżyser Eric Lange odnalazł 13975 klatek kolorowego filmu Georgesa Meliesa z początku XX wieku. Dzieło było stopione w całość, poklejone i zespolone chemicznymi reakcjami. Odrestaurował je własnym sumptem, lecz na dziesięć lat musiał odłożyć rzecz na półkę. Technika nie pozwalała jeszcze na dokładną rekonstrukcję – ale wiedział, że ten dzień nastąpi i po dekadzie „Podróż na Księżyc” ożyła. W jakimś więc sensie kolejny raz myśl ludzka, ów pomyślunek, była szybsza, a cierpliwie odłożona do magazynu doczekała się realizacji. Zatrzymane w czasie. Oczekujące w poczekalni na życie, które nie nadąża. Niczym ożywienie nieożywionego. Czasem można usłyszeć o jakimś ciężko chorym „sławnym”, który daje się po śmierci zamrozić z nadzieją, że medycyna przyniesie w końcu potrzebne lekarstwo. Życie z nadzieją i umieranie z nadzieją. Czas przyszły jeszcze niedokonany, ale będący w woli. Czekanie Erica Lange można porównać do niewielu oczekiwań. Innym będzie spodziewany pociąg czy samolot. Innym zapowiedziana wizyta znajomych. Nawet kolejna rocznica urodzin jest do przewidzenia – musi nadejść. Karkołomność i paradoksalność, w jakich znalazł się Eric Lange, polegały jeszcze na tym, że odnaleziony kolorowy zwój celuloidu już kiedyś, prawie sto lat wcześniej, można było oglądać bez problemu. Jednak upływający czas oddalił człowieka od dawnych osiągnięć techniki: musieliśmy się niejako cofnąć, by dalej iść do przodu. Poczekać, by ruszyć. Jak ma się to do tajemnic budowania piramid, do nieznanych okoliczności rozwiniętych nad wyraz cywilizacji Majów czy Azteków? Trzeba poczekać, by zobaczyć.
Ktoś zwrócił niedawno uwagę, że mimo tak szybkiego i wysokiego rozwinięcia techniki, sposoby magazynowania i zapisywania naszej wiedzy są bodaj najgorsze w całej historii cywilizacji. Ulotność plików, dyskietek, folderów, skanów czy płyt CD/DVD jest największa w dziejach. Coś, co dzisiaj jest pewne, jutro może ulecieć jak dym z komina lub bocian do Afryki. Specjalnie pozłacany krążek płyty DVD daje gwarancję na sto lat. Jak to się więc ma do pisma klinowego, reliefów w jaskiniach czy obrazów z Lascaux? Tysiące lat ceramiki niosą obrazy sprzed wieków, pradawna porcelana prawie nic nie traci z kolorów. A dzisiejszy paragon po roku, dwóch pozostaje wyblakły. Znika całkowicie po pięciu kolejnych latach nasłonecznienia. Jaka jest długość życia dzisiejszych hieroglifów?

Są fotografie, których nie robi się celowo. Od zamierzonych odróżnia je spontaniczność, czasem zamazanie, złe światło (czy może być złe światło?). Ktoś lub coś nagle wchodzi w kadr. W jakimś sensie fotografia z podróży nie ma planu, nie ma na nią planu. Jest jak ustawienie aparatu nad rzeką: co się wyłoni, to będzie. Zamierzenie jest prymarne co do zasady, ale co najmniej wtórne co do treści. Spacer po wiosennym Madrycie nie był długi, jednak co chwilę kazał uwolnić migawkę. Coś jakby na mnie czekało. Jakiś człowiek siedział na tej, a nie na innej ławce w Retiro. Dziecko robiące duże bańki mydlane mogło w tym samym czasie gdzieś indziej jeździć na rowerze. Jednak budynki Prado były te same. Podróż ma zawsze dwie prędkości. Jedną będzie to, co jest w miarę pewne i czego mogę się spodziewać. Drugą stanie się niewiadoma: mogę się napić, ale jak będzie smakować? Mogę iść chodnikiem, ale kogo spotkam? Podróż to fotografia, która ma w sobie kilka kolorów. Zabieram aparat i nie wiem, co zobaczę. Wysiadam i nie wiem, gdzie znów wsiądę. Zatrzymuję w pamięci obraz, jak widok na kliszy…