Fotografia 2.

Pamir. Pogranicze wysokiego Tadżykistanu z Afganistanem, nad rzeką Pyandzh. To była mordercza wyprawa. Tysiące kilometrów, a potem te domy. Czy można przekroczyć rzekę? Czy ktoś tam na mnie czeka? Komu będę przeszkadzał? Jak wyjaśnić, że Zachód nie jest jednakowy? Pytania o przekroczenie. Dwie cywilizacje – a może jedna sztucznie podzielona wprawnym ołówkiem i cyrklem europejskiego technokraty? Płaskie dachy na Dachu Świata. Resztki uprawnej ziemi wytargane naturze aż po samą rzekę. Gdzieniegdzie dym z komina, potem ludzie na osłach. Mogę, czy nie mogę?

W swoich Listach przeciwko wojnie Tiziano Terzani cytuje afgańskiego historyka z początku XX wieku: „Jesteś cudzoziemcem i zapełnisz nasz kraj maszynami i dymem, zrównasz niewolników i panów i zniszczysz prawdziwą religię. Nie Ty, przyjacielu, ale przeznaczenie, które przynosisz ze sobą”. Trudno o trafniejszą definicję, o zaczepienie się wokół tematu, który nie może czekać i milczeć. Prawo do podróży. Czym jest i czy każdy je ma? Czy można zabronić podróżować? Czy można zabronić komuś oglądać ten, a nie inny wschód słońca w tym, a nie innym miejscu? Ten bazar i ten rynek? Iść tą, a nie inną drogą? Gdzie przebiegają granice. Jedne, te administracyjne, stosunkowo łatwo oznaczyć i nazwać. Nawet jeśli kraj od kraju nie jest precyzyjnie odgrodzony, to mniej więcej umowna linia gdzieś przebiega. Ale co z granicami tzw. kultury? Czy poznanie drugiego może być objęte zakazem? Gdzie przebiega kreska, za którą ani rusz? Czy w ogóle jest taka kreska? A może same o nią pytania już zawierają w sobie nastawienie? Jest na świecie jeszcze wiele systemów, które odgradzają się wizami, promesami i urzędniczymi zaproszeniami. Dużo z nich upadło na naszych oczach. Kilka liberalizuje swoje wymagania wobec przyjeżdżających. Gdzieniegdzie znosi się ruch wizowy, albo wprowadza tzw. mały ruch bezwizowy, przygraniczny. Swoimi prawami żądzą się tranzyty, które dobrze skonstruowane i tak pozwalają wiele zobaczyć i być w licznych miejscach, porozmawiać.
Prawo do podróży? A może prawo do nie-podróży? Są lotniska, które z wielu różnych powodów nie przyjmują podróżnych. Są porty, do których nie każdy statek może wpłynąć. Prawo do nieprzyjmowania podróżnika? Lokalny obyczaj, wierzenie, umowa: proszę do nas nie przyjeżdżać. Proszę nas nie odwiedzać. Które prawo nad prawo? Afgański historyk w pełni uchwycił znaczenie procesu podróży, a raczej dylemat możliwości podróżowania. Można milczeć, a to milczenie może być mową. Przeznaczenie, o którym mówi, jest niczym innym, jak milczenie w podróży. To, że jestem, samo w sobie jest już słowem i wyrazem. Nic nie robiąc i tak budzę zainteresowanie, prowokuję do pytań. Zastanawiam. Mącę w głowie – jak powie wielu ortodoksyjnych, przywiązanych do swoich praw mieszkańców. Czy więc pytanie jest tylko o granicę? Czy mam prawo podróżować? Czy ponad moim prawem do drogi nie ważniejsze jest prawo Innego do niewidzenia mnie? Prawo do podróży wydaje się prawem człowieka Zachodu, który ma prawo. Po prostu. Aż i tylko. On je po prostu i zwyczajnie ma. M A. Jest mu nadane przez naturę od urodzenia, jak prawo do powietrza. I nie można tego prawa (w rozumieniu Zachodu) nikogo pozbawić, wykarczować. Ono nawet po chwilowych politycznych zawieruchach odrasta samo z siebie – w tym sensie jest samorodne. Wyrwane z korzeniami i cebulkami powstaje znowu, i znowu, i znowu. Ktoś powie, że siane przez przeznaczenie, bowiem zawsze na ziemi ktoś gdzieś to prawo zachowa.
Wbrew pozorom pytanie o prawo do podróży lub prawo do nie-podróży stoi u podstaw całego konfliktu myśli, który towarzyszy nam na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci. Odpowiedź na to jedno pytanie, które może być zadane z dwu perspektyw okazuje się fundamentalne w sporze – jak chce wielu – Wschodu z Zachodem lub Północy z Południem. Na samym końcu rozpraw, książek i dysput sentencja afgańskiego historyka nie może nam dać zasnąć. Przeznaczenie. Mogę w podróży po innych i odległych lądach nic nie mówić, nie muszę stawiać maszyn parowych i budować żelaznej kolei. Ale idę ze swoim Zachodnim plecakiem, w którym mam swoją religię, swój kolor skóry, swoje pochodzenie i urodzenie, swoje wykształcenie. Raczej tego nie zmienię – lata co najwyżej mogą zmodyfikować to i owo, ale generalnie zawsze będę tym, kim byłem, a nie tym, kim nie byłem. Mogę milczeć, ale gdy swój plecak zostawię pod baobabem i pójdę napić się wody, to raczej mogę być pewny, że ktoś do niego zaglądnie. Że ktoś choćby z zewnątrz oglądnie jego naszywki. Dotknie ich. Ktoś weźmie mój przegub i zobaczy zegarek. Kogoś zaciekawią moje okulary. Ktoś zada pytania o moje modlitwy, o moje talizmany na szyi. O moją fryzurę i buty. A nawet jeśli pytania te nie padną, to wrócą w ciszy do tamtych domostw i nad tamte rzeki. U podstaw całego konfliktu leży to jedno prawo o dwóch obliczach. Na różne sposoby komentowane zderzenie dwóch cywilizacji, z ostatnimi wojnami w tle, swoje źródło ma w prawie „do”. Jak się wydaje, jedna strona ma swoje prawo do wybory drogi i drogi w ogóle, kiedy strona druga (świadoma lub nie tego, co niesie prawo pierwszego) ma prawo do odmówienia, może nie chcieć mojego plecaka przy baobabie. Gdy bowiem zredukujemy technikę, wojsko, medycynę, sport – i wszelkie inne moje inwazje sprzed wieków, to co pozostaje poza samym prawem do podróży? Jednak nigdy nie idę sam: moim cieniem jest moje przeznaczenie. Ten pakunek, który w zależności od słonecznych promieni raz pójdzie za mną, a raz przede mną. Symboliczny spór między Fallaci a Terzani idzie o odpowiedź na pytanie, czy mogę podróżować. Bo jeśli mogę, to tylko i zawsze z plecakiem. I choćbym nago kąpał się w Gangesie – i tak będę Białym z Zachodu. Zgoda na podróż jest zadrukowaniem mojego biletu moimi danymi. Spór ten idzie o odpowiedź, czy tamta cywilizacja (będąca także moją, bo ziemską) pozwoli mi na podróż – a jeśli pozwoli, to musi pamiętać o plecaku.
Dziś, po ostatnich sporach, może czas przychodzi na rozmowę i porozumienie. Co ma być w plecaku i jak będzie zastawiony stół? Ale czy nie jest za późno? Nigdy nie jest za późno…