Fotografia 4.

Oczy Afryki (73)

Północny Kamerun. Kolejny z licznych targów, gdzieś w okolicach Garoua. Jedno z wielu charakterystycznych dla tego obszaru zdjęć. Dziecko od małego jest w ramionach – raz matki, raz rodzeństwa. Na szyi kolorowe amulety na rzemieniu: muszelki, jakieś monety z dziurką. Świat poza targowiskiem zdaje się nie istnieć. Czy mały mnie zapamięta? Czy zastanowi go mój kolor skóry? Często dzieci muszą dotknąć, bo nie rozumieją tej bieli. Czarne oczy. To mój bohater. Jak bardzo jest zawiłe, że dziś, po latach, opisuję tę fotografię. Ile ma lat? Gdzie dziś mieszka? Kim jest? Co myśli?

Rozmowa ze znajomym. Czy jest jeszcze relacja mistrz-uczeń? Czy dziś, w drugiej dekadzie XXI wieku, jest miejsce dla Mistrzów? I co z tym będzie dalej? Mamy na myśli dawne rozumienie tej znajomości, która od starożytnych wieków towarzyszyła wszystkim szkołom i akademiom. Pamiętam inną rozmowę sprzed kilku lat, gdy profesor jednego z uniwersytetów wytłumaczył to tak, że kiedyś były lądy, a dziś są wyspy. Piszę tę notatkę w maju 2012 roku. O tyle może to być kiedyś ważne, że czasy tak szybko się zmieniają, na przestrzeni raptem dziesięciolecia może dojść do tak raptownych przewartościowań znaczeń, że to, co piszę dziś, za kilkanaście lat może być już kompletnie nieaktualne. Czy więc dziś istnieje jeszcze coś takiego, jak relacja mistrz-uczeń?
Greckie przysłowie mawia, że z jakim nauczycielem się zadajesz, takiego alfabetu się nauczysz. Jednak słowo „Mistrz” ma szersze znaczenie, niż słowo „nauczyciel”. Nauczycieli można mieć wielu. Mistrza, jak się wydaje, jednego lub nie dużo więcej. W wysokich górach Indii, Tybetu czy Nepalu można spotkać starego sannjasina, całego ubranego na pomarańczowo, za którym krok w krok podąża jego uczeń-asceta. Podobne obrazy w krajach buddyzmu nie są rzadkością. Europa zarzuciła tę tradycję, tak jak zresztą wiele innych. Świat Zachodu potoczył się w stronę tymczasowości. Kto dziś jest moim Mistrzem? Europejska cywilizacja wyparła taki rodzaj relacji. Z jednej strony każdy uczeń ma potencjalnie ogromną możliwość zdobycia potrzebnej mu wiedzy w wielu różnych źródłach – nie koniecznie wzorując się na jednej osobie. Z drugiej zaś strony ktoś, kto za Mistrza mógłby uchodzić, sam nieco wycofał się na inne, bardziej obronne pozycje. Czas jakby nie sprzyja zbliżeniu. Zaufanie stało się do tego stopnia passe, że utożsamiane jest ze śmieszną naiwnością i łatwowiernością. Doświadczenie manipulacji obnażyło ryzyko, jakie niesie z sobą zaufanie. Zredukowano ustną umowę do minimum – choć tak naprawdę jest to sprzężenie zwrotne: jakby minimum zredukowało umowę ustną. Często można odnieść wrażenie, że człowiek chciałby, ale coś go „nie puszcza”, coś trzyma w okowach niewiary, nieuwierzenia. W tym sensie biegunowość świata rozeszła się krańcowo. I jeśli mówić będziemy o przyczynach konfliktów kulturowych, to z założenia różnica jest kolosalna. Jeśli dopatrywać się (słusznych lub nie) pretensji świata do Zachodu, to także w tym, że niemal wszędzie jeszcze ta tradycja jest żywa i praktykowana – dopóki koparki i walce tzw. nowoczesności nie przeorają ziemi na wschód i południe od Europy.
Ale Mistrz, to nie tylko wiedza – wtedy byłby tradycyjnym nauczycielem. Mistrz, to doświadczenie, przeżycie, inna optyka spojrzenia na problem, inny sposób rozwiązania nurtującego mnie zagadnienia. Kto dziś jest moim Mistrzem? Być może jest tak, że na różnych etapach życia garnę się w jakąś stronę, w jakimś kierunku. Nie tyle ja wybieram Mistrza, ile szeroko pojęte przeznaczenie pcha mnie w jego ramiona. I nie ważne, jak się nazywa. Ważne, że reprezentuje jakiś zakres doświadczenia i spojrzenia na świat, który teraz właśnie najbardziej mnie interesuje. Można więc Mistrzów mieć kilku, takich specjalistów od konkretnej dziedziny.
Mistrz na chwilę i na dłużej. Na rok, albo na dekadę. Może być jak Szerpa, który prowadzi lub tylko podprowadza na szczyt, ale potem, na nizinach, może być nim ten buddyjski mnich do moich nieziemskich spraw przeznaczony. Świat Zachodu tak się zdynamizował, że dziś trudno jednak o relację, do której jesteśmy przyzwyczajeni i której znaczenie zaległo w naszych głowach przekazane stronami zapisanych manuskryptów. Relacja mistrz-uczeń uległa dewaluacji. Kiedyś było w tym coś z magii, dystansu, różnicy. Dziś wszystko widać jak na dłoni. Kiedyś Mistrz miał swoje tajemnice. Dziś nawigacja wydaje się prostsza. W 1953 roku Szerpa Tenzing Norgay wszedł na Mont Everest razem z Edmundem Hillarym. Dziś nepalski Szerpa Appa był na szczycie już dwadzieścia razy z różnymi „wycieczkami”. Jednak Ryszard Kapuściński ujął to tak: „Bach przeszedł połowę Niemiec, by spotkać swojego mistrza. Herodot przewędrował sześć tysięcy kilometrów, by sprawdzić pewien detal swojej historii. Dziś nikt już nie robi podobnych rzeczy. Dlaczego? Ta pustka, wy też ją czujecie. Macie internet, prawda? Ale to wam nie wystarcza, bo doskonale wiecie, że jesteście manipulowani. Szukacie tradycyjnych narzędzi. Potrzebujecie świadków historii takich jak ja”.
Lotnisko w Madrycie. Wczesny ranek. Malec biega między rzędami foteli w poczekalni. I co chwilę pyta ojca: Tato, a znasz niemiecki? Tato, a umiesz latać takim samolotem? Tato, udźwignąłbyś te wszystkie walizki? Tato, urosną mi kiedyś skrzydła? Tato, gdzie masz moją coca-colę? Tato, a umiesz jeździć takim autobusem? Tato, a umiesz biegać jak struś? Tato, umiesz nigdy nie spać?
Znajomy dodał jeszcze, że dla niego Mistrz, to inspiracje, fascynacje. Mozaika postaci. Typ człowieka z poczuciem humoru i niebanalną umysłowością. Dziś nie stawia się na konkretnych Mistrzów – że nie trafiają do niego maksymy, reguły, bon moty i inne prawdy objawione.