Fotografia 5.

Lib

Granica Tunezji z Libią, jeszcze za Kadafiego. Przepis mówi jasno: możesz przewieźć tyle, ile udźwigniesz. Dawniej okup w złocie wynosił tyle, ile ważysz. Kilka lat temu na polsko-ukraińskiej granicy zagadnąłem miejscowych, dlaczego stoją w tych długich kolejkach i przejeżdżają całkiem pustymi samochodami. Odpowiedzieli, że handlują paliwem, które mają w bakach. Granica: nieodzowna część podróży, a na niej wszystko. Biała kreska, która oddziela dwie rodziny, dwa narody, dwa kraje, dwa systemy, dwie kultury. Podróż to przekraczanie granic. Czasem taniec na linie. Ludziom wystarczy pozwolić nosić swoje bagaże i sobie poradzą…

Kolejne przygotowania do kolejnej podróży. Gdzieniegdzie wkrada się niepokój, lekkie zdenerwowanie. Jest w tym jakiś paradoks: czym więcej człowiek jeździ, tym bardziej się boi. Tym bardziej zdaje sobie sprawę z kłopotów, niebezpieczeństw – podróż staje się trudniejsza. Jest w tym jakaś magia. Taniec godowy. Trzeba wcześniej wszystko przygotować, sięgnąć do książek, literatury, pozbierać mapy. Skompletować ekwipunek. Trzeba zapisać dziesiątki kartek z planami, z rzeczami do załatwienia – a potem tylko wykreślać. Liczy się metodyka i konsekwencja. Swoje trzy grosze wtrąca doświadczenie. Oby nigdy nie zasnęło. A gdzieś w tyle głowy majaczy dzień wyjazdu. Kiedyś leciałem do Grecji i zawróciłem do domu na rondzie pod samym lotniskiem w Krakowie. Każda podróż jest inna i tak, jak ktoś mi dziś napisał, każda podróż musi zmieniać towarzyszy. Kogo spotkam? Gdzie będę spał? Jaka będzie droga? Czy wytrzymam? Zwykłe pytania egzystencjalne, które towarzyszą każdemu. Nie można ich nie mieć, nie słyszeć – nawet niezadane przez bliskich i znajomych dudnią w głowie brakiem doraźnych odpowiedzi. Jakoś to będzie. Jakoś to będzie.
Trzy miesiące w drodze. Mogą wylać rzeki, spaść ulewa. Jeśli słońce nie spali głowy, to nagłe Tsunami może przewrócić jeden z licznych statków – sam jeszcze nie wiem, ile ich będzie. Człowiek skazany na łaskę i niełaskę krajów, reżimów, ludzi i zwierząt. Zależny od wszystkiego. Z jednej strony zmuszony, by ufać każdemu, a z drugiej, by za żadne skarby nie ufać nikomu. Pacyfista i żołnierz w jednej osobie. Ambasador i kolonialista. Wiem – kwartał to nie dużo. Wiem, że wielu jeździ dłużej, dalej, ciekawiej. Jednak to nie pociesza. Ponad dwadzieścia lat temu, gdy wyjeżdżałem pierwszy raz swoim samochodem do Włoch, zdezelowany grat zepsuł się już w polskim Cieszynie. Potem jeszcze bodaj dwa razy uległ awarii. Ale jak będzie teraz? Co się wydarzy? Jakie okoliczności spowodują takie, a nie inne spotkania, trasy, odpoczynki?
Dziś siedzę nad mapami i liczę kilometry. Kilometrażuję odcinki. Trzeba wszystko maksymalnie przewidzieć, by potem, gdy się jest na miejscu, móc ze spokojem zjechać z głównej drogi, opuścić główny szlak i pobłądzić. By potem ze spokojną głową dać się porwać rzece. Robię tak, gdy wiem, gdzie jest główna droga i jakie są kierunki geograficzne. Trzeba patrzeć na gwiazdy i jechać, jechać, jechać… Dobrze, że mam szklany dach. Przypominam sobie filmowe sceny, gdy wielcy żeglarze ładowali swoje statki. Wspomnienia z dzieciństwa. Nawet dziś, gdy oglądam te filmy, żal trochę tamtych zwyczajów, sposobów okrętowania załogi, tych dźwigów, które niosą na pokład tony jedzenia, broni i amunicji, materiałów na handel. Jaki żeglarz, taki okręt…
Co jest jeszcze ważne? Trzeba umieć wcześniej się wyłączyć, zacząć żyć trasą jeszcze przed wyruszeniem, wkręcić się w przygodę jak silnik na wysokie obroty. Trzeba zacząć zapominać o tym, co jest teraz i myśleć o krajach, które czekają. One już tam są. One już tam są. Podróż zaczyna się dużo wcześniej. A kończy się nie z powrotem do domu, tylko później, dużo później. W jakimś sensie podróż zawsze ma dwa wymiary. W pierwszym podobna jest do zawodów sportowych. Jest niczym innym, jak startem sportowca w jego koronnej dyscyplinie. Bieg, skok, pływanie, rzut. Droga jest wynikiem przygotowań, zdobytej formy i doświadczenia. Podobna do bieżni lekkoatlety, który na samym końcu całego cyklu przygotowań musi tylko kucnąć w blokach, wystartować i zdobyć metę. W podróży metą jest szczęśliwy powrót do domu, a nie zdobycie szczytu czy dotarcie do jakiegoś państwa, miasta lub wyznaczonego punktu. Linią mety jest dom, moja Calmaterra. To jakby wymiar wykonawczy i fizyczny podróży. Od A do Z. Kropka nad i. Kwintesencja wszystkiego, co było wcześniej.
Natomiast drugi wymiar jest inny. To poezja, twórczość tuż po wyruszeniu. Wymiar podobny do malarstwa, gdy czeka ustawiona sztaluga. Podobny do pisarstwa, gdy czeka pusta biała kartka. Tutaj można zrobić coś innego, więcej zależy ode mnie, od inwencji, odwagi, siły. Można kształtować swoją podróż. Wolna wola niemal łączy się z przeznaczeniem. Wszystko jest zaplanowane, ale można wszystko zmienić, próbować innych dróg, różnych noclegów. To akt najczystszej twórczości, która staje się sztuką, bo podróż to sztuka. Podobna w tym znaczeniu do kloca drewna, który poddając się dłutu rzeźbiarza pokazuje kształt żywcem przelany z głowy artysty. Pamiętam miasteczko Sur w Omanie. Przyjechałem z pustyni i nagle pokazało się całe, jak na dłoni. Oparte o zatokę. Mogłem z nim zrobić wszystko. Stałem na górnych wydmach i myślałem, którędy do niego wjechać? Z której strony „zaatakować”? Smagana wiatrem rozłożona mapa, gdy się zwijała, jakby mówiła do mnie: sam decyduj, nie patrz na mnie, nie chcę ci pomóc. Mogłem je objechać z północy lub południa. Zacząć od portu, od latarni? A może podjechać pod targ? Każda wąska uliczka była jak bruzdy na dłoni. Stałem na grzbiecie złotej wydmy i miałem przeznaczenie w garści. Widziałem z góry poranną krzątaninę kilku tysięcy mieszkańców. Sztaluga czekała na kolory…