Fotografia 6.

IMG_0903

Gibraltar. Symboliczne wrota z Afryki do Europy. A może z Europy do Afryki? Nawet na tym drobnym przykładzie widać, jak Biały Europejczyk podświadomie sytuuje się w pokoju, gdy na zewnątrz jest reszta świata. Drzwi są do mnie. Kreski na tablicy nazywają góry w oddali. Poniżej na redzie, czego nie widać na fotografii, stoją ogromne statki. Za plecami latarnia – dla wielu cel kilkuletniej podróży z głębi Afryki. Czasem po tablicy ktoś skacze (widać ślady butów). Paradoksalne przejście suchą stopą. Patrząc przed siebie widać Maroko, a potem kolejne, i kolejne flagi.

Przytaczana jest anegdota o Wiwekanandzie, który u schyłku XIX wieku podróżował po Stanach Zjednoczonych opowiadając ludziom o hinduizmie. Pod koniec jednego z wykładów zadano mu pytanie, czy nie sądzi, że świat byłby piękniejszy, gdyby była na nim tylko jedna religia. Po krótkiej zadumie mistyk hinduski odpowiedział: „Nie. Świat byłby piękniejszy, gdyby było tyle religii, ilu jest ludzi”.
Nad moim biurkiem wisi mapa, a jej spód zadrukowano flagami wszystkich państw na świecie. Sto dziewięćdziesiąt pięć prostokątnych proporców. Ale trzy z nich różnią się kształtem od reszty. Watykan i Szwajcaria mają flagi kwadratowe, a Nepal w formie dwóch trójkątów – może to góry, a może pół choinki? Jeśli wierzyć mapie, to kolejne pięćdziesiąt siedem flag należy do terytoriów zależnych od wielkich mocarstw. Na wspomniane sto dziewięćdziesiąt pięć barw narodowych aż sto szesnaście zawiera w sobie kolor biały pod różną postacią: czy to pasa, czy tła dla godła, czy w końcu koloru jakiegoś kształtu (gwiazda, krzyż, koło). Jeśli biały symbolizuje pokój i wolność, to powinniśmy żyć w świecie bez wojen zakładając, że biel na proporcu emanuje na sąsiadów. Dwanaście flag zawiera w swoim kształcie islamski półksiężyc, a w osiemnaście kolejnych wpisany jest chrześcijański krzyż. Pięćdziesiąt cztery flagi udekorowane są gwiazdami, a słońce świeci na siedemnastu kolejnych. Są flagi, w obrys których wpisany jest kształt państwa (Cypr, Kosowo), a flaga Kambodży zawiera w sobie wizerunek Angkor Wat – buddyjskiej świątyni. Czerwień występuje na stu czterdziestu dwóch flagach. Kanada ma w sobie klonowy liść, a Liban zielony cedr.
Jak pogodzić, i czy w ogóle trzeba godzić, chęć do administracyjnej unifikacji z uszanowaniem prawa kraju i narodu do zachowania odrębności? Unia Europejska od lat, tym bardziej po swoim rozszerzeniu, stara się wprowadzić jednolity wzorzec tablicy rejestracyjnej na samochodach, który opiera się na podobnym brandzie (oznaczenie kodowe państwa, żółte gwiazdki na tle niebieskiego paska). Brytyjczycy się na to nie godzą. Belgowie chcą zachować i zachowują dotychczasową formę. Podobnie Francuzi, dla których żółte tło zawsze było najważniejsze. San Marino i Andora nie chcę słyszeć o unifikacji. A Szwajcaria – jak Szwajcaria. Nie ma na świecie drugiego takiego miejsca, jak Europa, gdzie na tak stosunkowo nie dużej powierzchni panuje tak olbrzymia różnorodność obyczajowa, językowa i religijna (nie wspominając o różnicach gospodarczych, klimatycznych i historycznych). Jeżeli więc Europa nie posiada jednego zwartego modelu postępowania, to jak to się dzieje, że reszta świata broni się przed groźbą kulturowej i gospodarczej unifikacji ze Starym Kontynentem? Europejczycy są sami w sobie tak pełni kontrastów i różnic, że niepodobna uwierzyć w możliwość ich ekspansji. A jednak.
Tych różnic jest bardzo wiele. Kto zliczy języki? Z trudem wprowadzona wspólna waluta chwieje się na glinianych nogach. Federacja czy konfederacja? Zachodnia wiara w siłę rozumu i wschodnie przekonanie o przeznaczeniu. Jedno przeczy drugiemu. A może nie przeczy, tylko się uzupełnia? Czy teoria o „uzupełnianiu” nie jest lansowana na siłę? Ze względu na tzw. poprawność polityczną – bo w innym razie się pozabijamy? Czy można to pogodzić?
Jakiś czas temu komputery zaczęły wygrywać z człowiekiem w szachy. Coraz to nowsze systemy informatyczne zastępują ludzki mózg – ale twierdzi się, że nigdy w pełni go nie zastąpią. Umiem sobie wyobrazić tak doskonałe połączenie miliardów elektronicznych obwodów, że zastąpią człowiecze neurony i wszystkie istniejące w mojej głowie nerwowe wiązki. Wydaje się, że jest możliwe budowanie coraz to doskonalszych, bardziej inteligentnych komputerów. Miliardy kolejnych szybkich światłowodów. I następne miliardy. To tylko kwestia czasu – jak u Erica Lange. Trzeba tylko poczekać. Pewnie pomoże w tym medycyna, która daje coraz to dokładniejsze instrukcje obsługi. A jeśli powstanie już sztuczny ludzki mózg (jak ręka, noga i oko), to co z duszą? Czym będzie? Gdzie będzie? Czy jest? Czy będzie? Umiem sobie wyobrazić doskonały komputer ubrany w szaty homoidalnego robota (skórę też już umiemy hodować – swoją drogą, skórę się hoduje? uprawia?), który będzie myślał tak jak ja. Ale co z duszą, duchem (zwał jak zwał)? Zachodni rozum mówi: można to zrobić, ale ducha nie będzie, bo i nie ma go teraz. Wschodnie przeznaczenie mówi: odetnij sobie głowę i włóż idealny komputer – nie będzie duszy, bo dusza to człowiek, a nie maszyna. Dziś wierzę w ciało i ducha – chyba nie miałbym ducha, gdybym miał sztuczną głowę.
Nie wiem. Nie wiem. Nie wiem. W tym sensie się różnimy. Dla człowieka Zachodu coś dzieje się o któreś godzinie, gdy dla człowieka Wschodu dzieje się coś, i wtedy któraś jest godzina. Dokładnie odwrotnie. I ta odwrotność ma później kolosalne znaczenie przy wyborze dróg postępowania, kształtowaniu jurysdykcji, prowadzeniu wojen, kreowaniu pokoju. Sposób sprawowania władzy jest konsekwencją tych wyborów. W tym sensie demokracja nie jest ziemniakami, które można przesadzać w skali jeden do jednego. Z jednej strony zielona i bujna trawa nie wyrośnie na litej skale, a z drugiej strony świeża i wartka źródlana woda, która wytryska z gołej skały, ugrzęźnie na kwiecistej łące…