Fotografia 7.

Azja Środkowa 314

Przeprawa przez Amu-darię. Tymczasowy pontonowy most, gdy obok budowany jest nowy: ze stali i betonu. Rzeka wylewa na pobliskie pola. Przy wjeździe na most strażnik pobiera od każdego opłatę, ale od turysty nie bierze. Dziwna rzeka, która wysycha przed ujściem do Jeziora Aralskiego. Prastary Oksus. Oddziela Kara-kum od Kyzył-kum. Stąd blisko do Chiwy i Buchary. Pamiętam kurz i trąbienie innych kierowców. Rzeki – niektórych nie można przekroczyć. Mosty, które są nadzieją. Cienkie nitki przewieszone nad wodą, jak tyle co utkana pajęczyna.

Podróż podobna jest do curlingu: pchasz kamień i musisz trafić. Po drodze możesz weryfikować, przecierać szlak. Korygujesz tor, ale i tak musisz trafić. Wszystko dzieje się na lodzie: jest ślisko i zimno. Ostro. Ciskane po tafli kamienie muszą trafić do miejsca, które zawodnicy nazywają domem. Pchasz kamień, ale pomocnicy trą taflę, byś dotarł do celu. Samemu nie można wygrać. W grze zwanej podróżą w pojedynkę tylko się przegrywa. Gdy Kolumb docierał do Antyli, Europejczycy na zamarzniętych jeziorach i stawach turlali kamienie.
Czym będzie najbliższy wyjazd? Colin Thubron zapisał: „Tracisz tu własne oczy i wyobrażasz sobie to wszystko oczami umarłych. Nie masz żadnego prawa do tego kraju. On należy do nich. Czy czasem bywa piękny? Nie umiesz powiedzieć. Widzisz tylko drogowskazy do strasznych miejsc”. Czasem, gdy jest się tak bardzo daleko od domu, na duchu podtrzymują nazwy, które znam. Z filmów, z książek, z opowieści znajomych. Bywa i tak, że nazwy wieją chłodem i zgrozą, przynosząc wspomnienia tragedii. Lepiej, by niektórych drogowskazów nie było. Lepiej, by niektóre miejsca zostały tylko plamami na mapach. Nie chcę pamiętać o wojnach. Nic mi z tego – było minęło. Nie chcę ich ciągle rozpamiętywać. Ile można? Całe dorosłe życie ktoś mnie ciągnie w zaułki przeszłości. Wiem o nich, ale nie chcę ich odwiedzać. Thubron: „Podróżnik musi wierzyć w doniosłość miejsca, w którym się znalazł, a tym samym w swoje znaczenie. Teraz jednak Ziemia się spłaszcza, wirując wokół własnej osi. Linia brzegowa gdzieś tonie. Jakby nic się tu nigdy nie wydarzyło. Czas się rozciąga w eony, historia staje się geologią. Ludzie tracą nad nią kontrolę”. W tym sensie zawsze się boję.
Zanosi się na kilka miesięcy w drodze. Najdłuższa samochodowa eskapada, aż po kres Ziemi. Za horyzont. Tyle rzeczy trzeba zabrać, tak wiele spakować, kupić. Doposażyć. Musi zagrać każdy szczegół. Każdy drobiazg może okazać się najważniejszy. Koła: dwie zapasowe opony, kompresor, łaty na gorąco, uszczelniacz ciśnieniowy, wentyle, szczypce do wyciągania gwoździ. Niby szczegóły, ale jak nie naprawisz, to siadasz na kamieniu, płaczesz i się modlisz: o nie-deszcz, o nie-upał, o nie-napad, o nie-hieny. Gdy rok temu wyjeżdżałem do Azji, nie miałem pojęcia jak wrócę. Czy na lawecie, czy samolotem, czy awionetką pogotowia, czy w worku, czy statkiem. Wyjeżdżałem na wschód, ale nie wiedziałem, czy nie wrócę z zachodu. Teraz będzie podobnie. Thubron: „Zawsze to samo. Docierasz do miasteczka tuż przed zachodem słońca. Nie znasz nikogo, nie orientujesz się w niczym. Główna ulica wyludniona, sklepy zamknięte, nieliczne urzędy prawie całkiem opustoszałe. Ale powtarzasz sobie: w godzinę znajdę nocleg”. Są w każdej podróży takie momenty, że chce się wszystkim rzucić. Zasnąć i obudzić się u siebie. Pytasz: co ja tu robię? Po co mi to? Dlaczego? W imię czego?
Podróże zawsze są dwie. Co najmniej dwie. Jedną jest ta, którą odbywam, a drugą ta, którą zostawiam w domu. Tutaj świat także musi się kręcić. Nie można wszystkiego zamknąć na cztery spusty. Gdy ruszam w świat, niemal tyle samo uwagi trzeba poświęcić temu, co zostaje. Rachunki, śmieciarze, kwiaty, lampy. Dopiero wyjeżdżając zdaję sobie sprawę, jak bardzo jestem uwiązany prozą codzienności. Dziesiątki spraw, które nie mają urlopu. Przyjdą i wyłączą prąd. Odetną gaz. Nikogo nie obchodzi, że listy nie mieszczą się do skrzynki – targane przez wiatr sąsiedzi znajdują na pobliskich polach. Odesłane polecone. Ubezpieczenia od pożaru, od kradzieży, od wszystkiego. Czasem ta druga podróż jest ważniejsza i paradoksalnie trudniejsza w organizacji. Mówimy tym samym językiem, a nie umiemy się porozumieć. Potem, w drodze, trudno zapomnieć o chlebie. Niezamknięte okiennice być może tłuką sąsiadom sen. Jeśli przeleją się zbiorniki z deszczówką, zaleją piwnice. Uwiązanie najlepiej widać z perspektywy wolności.
Powoli wszystko znajduje swoje miejsce. Mapy do map, jedzenie do jedzenia, ubrania w torby. Niczego nie zapomnieć. Nowy termos. Wziąć więcej niż mniej. Wiem – zawsze można dokupić, ale kto dokupuje? Kto na końcu świata szuka spożywczaka? Albo sklepu z mapami, obuwniczego? Kto za dziesiątą rzeką kupuje obcinacz do paznokci? Wiem – można obgryzać. Wszystko zaczyna się jakoś układać. Na kartkach zapisuję miasta, które muszę zobaczyć. Ludzi, do których muszę dotrzeć: wszystko z książek. Wielu znowu nie żyje. Bluszcz zamknął bramy. Klucze, stare klucze.
Nie umiem sobie wyobrazić życia bez drogi i drogi bez życia. Thubron: „Wśród przewijającego się przez autobus tłumu rolników i pasterzy pojawiła się turecka piękność w wełnianym spodnium. Wsiadła i jechała z nami przez całą niepojętą godzinę, malując sobie paznokcie. Wysiadła w jakieś zrujnowanej wioszczynie”. Pojadę tam. Do tej i następnej wioszczyny. Każdy ma swój koniec świata…