Fotografia 8.

Lotnisko na Wyspach Kanaryjskich. Ale mogłoby być każde. Największe skrzyżowania na świecie. Perfekcyjne i bezkolizyjne. Z milionami kierowców. A dziś jeszcze z milionami policjantów. Stalowe rury mkną w niebo jak strzały. Lądują lekko jak piórka mewy na wodzie, by za chwilę wsiąknąć w ciecz. Kolory. Emblematy. Lubię te miejsca. Są domem i nie-domem. Przepustką i kwarantanną. Nowoczesne kaplice. Futurystyczne agory, rynki. Nie ma innych takich miejsc na świecie. Ludzie z wszystkąd. Bagaże gdzieś i znikąd. Języki i cery. Sprawiedliwa równość.

Śmierć utopii. Mieszkam tutaj. Co stoi na przeszkodzie, by otworzyć granice Unii Europejskiej i pozwolić wjechać na Stary Kontynent każdemu, kto ma na to ochotę? Co przeszkadza w zburzeniu zasieków, zwinięciu drutów kolczastych, rozbrojeniu dziesiątek tysięcy żołnierzy strzegących Ziemi Obiecanej? Kto nie pozwala na podniesienie szlabanów, zburzenie wieżyczek wartowniczych i schowanie do szuflad wszystkich czerwonych pieczątek, które obwieszczają zgodę, przyzwolenie i akceptację? Dlaczego w końcu ktoś, kto chce i ma na to ochotę (nadaną mu najprostszym prawem: prawem bycia człowiekiem) nie może bez przeszkód wsiąść na statek na brzegach Afryki północnej lub jechać samochodem do Europy ze wschodu na zachód, która żadnym prawem nie jest jednych, by nie być innych? Kto ustanowił tak, a nie inaczej i jakim ludzkim prawem, na jakiej mocy, zmienił i zmienia wciąż los ludzi takich samych, jak ci z dzisiejszego getta? Czy w końcu kolejna Zagłada nie odbywa się tu i teraz, na naszych oczach i naszymi rękami, gdy rzeczonym gettem jest Europa: wszak relacje i proporcje się odwróciły. Dziś lepiej w getcie być niż w nim nie być. Paradoks otoczenia i otoczenie paradoksu. Co stało się z nowoczesnymi ideałami wolności, równości i braterstwa przez dwieście lat trwania epoki wojen, najazdów, mordów, kolonizacji i wszelkiej maści –izmów, gdy sam humanizm nie wystarczył? Czy tylko o ten ląd szła walka? A czy nie jest może tak, że getto jest na zewnątrz?
Pamiętam to bardzo wyraźnie. Bruksela. Leciałem pierwszy raz do Afryki. W nieznane, w ciekawe, w inne, w obce. W niewyobrażalne. Potężny międzykontynentalny boeing czekał na pasie. Gdy sadowiłem się w tyle przedziału, kilka rzędów wcześniej powstało zamieszanie. Mały harmider. Może komuś coś upadło, może ktoś kogoś popchnął, nadepnął, nie przeprosił. Nie. Prowadzono i w ostatnim rzędzie posadzono Afrykańczyka skutego w kajdanki, gotowego do deportacji. Obok dwóch umundurowanych policjantów, kilku po cywilu. Podróżni wkładali swoje bagaże, szukali miejsc. Płakały dzieci. Grała muzyka. Dymiła klimatyzacja. Brzęczały próbowane klapy. Wtedy jeszcze tego nie rozumiałem. Stewardesy roznosiły wodę, gazety, pomagały zdezorientowanym. Afrykańczyk siedział cicho, skulony w swoim t-shirtcie, z czymś na kajdankach. Samolot się zapełniał. Typowy hałas na pokładzie. I nagle, jakby z megafonu, z niebywałą siłą skuty zaczął krzyczeć. Zaczął przeraźliwie wołać o pomoc. Przytrzymywany nie mógł wstać ze swojego miejsca, ale było go słychać. Zdał sobie sprawę, że jedyną jego bronią jest głos. Że jeśli ma się uratować, to albo teraz, albo nigdy. Trzymał się tej myśli kurczowo. On nie krzyczał – on się darł. Raz był zrozumiały, a raz nie. Wołał po angielsku, po francusku i w sobie znanych narzeczach. Krzyczał błagając ludzi o pomoc, by nie dopuścili do jego ekstradycji. Darł się niemiłosiernie głośno i nieprzerwanie. Wołał i zawodził. Piszczał. Szczekał. Robił wszystko, co mógł, by zwrócić na siebie uwagę. Tupał. Błagał pasażerów o pomoc. Nie był kryminalistą, jedynie imigrantem z Ghany. Krzyczał tak głośno, że ludzie z przednich rzędów belgijskiego kolosa wstawali i podchodzili bliżej. Skończył się harmider i zaczęło się tornado. Policja uspokajała, ale tumult był coraz większy. I coraz większy. I narastał. Afrykańczyk wołał bez przerwy, nawet na chwilę nie przestając. W sekundę nabierał powietrza i krzyczał, krzyczał, krzyczał. Okazało się, że wśród najbliższych pasażerów było kilku policyjnych negocjatorów i psychologów, którzy zaczęli podróżnych uspokajać i tłumaczyć procedurę. W sumie Afrykańczyka strzegło i eskortowało z dziesięć osób. Nie do końca wiedziałem, co się dzieje. Ludzie zaczęli ze sobą rozmawiać, ustalać wersje, pokrzykiwać jeden przez drugiego. Silniki pracowały wyżej. Jedni przeciskali się przez drugich, stewardesy tłumaczyły, a Afrykańczyk krzyczał głośniej i głośniej. Potem jednak głos zaczął słabnąć. Tracił go. Rzęził. Ochrypł. Ale gdy nabrał sił znów wzmagał. Znów wołał i zawodził. Lamentował, płakał, śpiewał. A potem wył jak stary, umierający słoń. Przejmująca scena nie mogła już trwać dłużej. I wtedy stało się coś dziwnego. Wtedy stał się cud. Gdy tak opadał z sił, pasażerowie zaczęli spontanicznie podnosić się ze swoich miejsc i klaskać rytmicznie, marszowo. Za kilkoma pierwszymi poszli następni i za chwilę niemal cały ogromny samolot klaskał. Ludzie stali i wybijali rytm uwolnienia, jak kiedyś czarnoskórzy niewolnicy na galerach bili kajdanami w drzewo statku na znak buntu i niezgody. Tej fali nie można było już zatrzymać. Rzecz niebywała. On milczał, a ludzie stali i bili równo brawo. Klask za klaskiem. Po około dwudziestu minutach całej awantury pasażerowie wymogli na policji wyprowadzenie deportowanego. Gdy szedł wzdłuż siedzeń ludzie stali i klaskali, a policjanci uśmiechali się pod nosem. Ktoś podał mu butelkę z wodą. Ktoś poklepał po plecach. Potem zrozumiałem: czym wyżej byłem w chmurach, tym mniej widziałem Ziemię…
Nie wiem, co o tym myśleć. Dziś, po lekturze Fallaci, sprawy nie wydają się takie proste, jakimi były jeszcze chwilę temu. Wystraszyłem się? Otwarłem oczy? A może lepiej nikogo nie wpuszczać? Może lepiej się okopać i pilnować własnej jurysdykcji? Czy zawodzi mnie instynkt samozachowawczy? Nie pamiętam Troi? Mam swoje bezrobocie – po co mi cudze. Nie mam bezpieczeństwa – czy potrzebne mi większe niebezpieczeństwo? Najgorsze jest wyciąganie wniosków. Przed oczyma przewijają się różne obrazy, ale które są właściwe? Na które uważać? Jameson zapisał, że przyszłość nie będzie zakłócona, choć stanie się zakłóceniem. Utopie umarły jak Gutenberg i Róża Luxemburg. Odeszły do lamusa jak winyl, jak amerykańskie promy kosmiczne. Jeśli czegoś nie zrozumiemy, to nie z winy przyszłości bynajmniej…