Fotografia 9.

Islandia, VI 2010 226

Islandia. Miejsce w Europie, gdzie zderzają się dwie ogromne płyty tektoniczne. Od 180 milionów lat, gdy z jednej Pangaei zaczęły powstawać kontynenty, świat w tym miejscu się rozchodzi, by na siebie nachodzić w innym – rokrocznie o dwa centymetry. Dolina ryftowa na Grzbiecie Śródatlantyckim. Czy może być coś piękniejszego? Spacer między dwiema siłami. Wiatr, który nie wieje – czy więc jest wiatrem? Od wieków magiczne miejsce dla Islandczyków – dziś pełne spacerowiczów i turystów. Króluje przyroda i natura. Jakby zderzenie dwu prawd, dwu zasad. Nic się nie rusza, a się rusza. Mikroskala i makroskala. Dwa światy obok siebie – na wyciągnięcie ręki. Dobro i zło. Coś i coś. Prawo i prawo.

W jednej z poczytnych książek Wydawnictwo napisało w stopce oto tak: „Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana w pamięci komputerowej, wykorzystywana w jakiejkolwiek formie w telewizji, radiu, kinie teatrze czy gdziekolwiek indziej, nie może też być transmitowana w jakiejkolwiek formie i jakimikolwiek metodami, czy to elektronicznymi, czy mechanicznymi, czy za pomocą kserokopii bądź nagrywania, bez uprzedniej zgody autora i wydawcy. Reprodukowanie tekstu w Internecie jest również surowo zabronione”
I już się zastanawiam, ile paragrafów złamałem, decydując się na publikację tego zapisu, który stanowi przecież integralną część książki. A nie stanowi? Dokąd zmierzamy? Czy mogę sobie jakieś zdanie zapisać na kartce? Czy mogę zapisać do komputera? Czy mogę w ogóle coś z tej książki zapamiętać, jeśli nic nie można przechowywać? Uprzejmie informuję Wydawcę, że przechowuję rzeczy nie tylko na półce, ale i w głowie. Dlaczego tego zdania (czy dwóch) nie mogę przechowywać w pamięci komputera? A na ścianie mogę sobie zapisać? A na podłodze? Czy mogę o tej książce opowiadać znajomym, jeśli zabronione jest jej transmitowanie? A co z cytacjami, przypisami, dydaktyką? Co z prawem do „powoływania się na”? Czy wreszcie zakupioną w księgarni książkę mogę komuś pożyczyć i czy to już nie jest piractwo? A czy ten ktoś może sobie coś z tej książki skserować? A zapamiętać może? A zapisać na kartce może?
Niby sprawa jest banalna. Można powiedzieć, że się czepiam. Że o co mi chodzi. Że robię z igły widły. Tak? Ale sprawy są bardziej skomplikowane, niż się wydają na pierwszy rzut oka. Skomplikowane, bo dotykają w swojej materii dwóch przeciwstawnych pozycji. Sprawa ta zdaje się leżeć dokładnie między dwiema płytami tektonicznymi właśnie. I dotyczy prawa twórcy/autora i prawa odbiorcy (czytelnika, słuchacza, widza – lub kogokolwiek innego z tej drugiej strony). Dotyczy styku tych praw, miejsca, w którym musi zgrzytać.
Mówimy o książce. W sumie o błahej sprawie. Może kogoś lata temu zwyczajnie poniosło w Wydawnictwie. Nadgorliwość. Ale gdy wolumin zastąpimy ideami z innych półek, wszystko się komplikuje. Na ile mam prawo do samego siebie? Czy przypadkiem nie przekroczyliśmy granicy, gdy tzw. poprawność polityczna bierze górę na wolnością obywatelską? Czy przypadkiem nie postawiliśmy prawa osoby, która może czuć się urażona/obrażona ponad prawo swobodnej wypowiedzi? Czy tzw. autocenzura nie poszła za daleko, w ślepe ulice absurdu? Czy „uczucia religijne” są najświętsze na ziemi? Czym są „uczucia religijne” i czy dla kogoś, kto deklaruje się jako tzw. ateista „uczuciami religijnymi” nie będą jego „koncepcje filozoficzne”, na których swoją niewiarę opiera? Czy dbając nazbyt o to, by kogoś nie urazić (by ktoś nie poczuł się urażony/obrażony), nie nałożyliśmy sobie kagańca na swobodę wypowiedzi myśli (choćby najbardziej absurdalnych – ale naszych, swoich, moich).
Prawodawstwo jest jednoznaczne: jeśli czujesz, że twoje uczucia zostały urażone, możesz oddać sprawę do sądu. I nawet, jeśli nie wygrasz, to i tak uda ci się postawić kogoś w stan oskarżenia. Zawsze możesz potem powiedzieć: jest pod zarzutami, jest oskarżony o, przeciw niemu toczy się sprawa. I potencjalnie możesz wygrać. Kij ma jednak dwa końce: i ty możesz być oskarżonym… – za co? Za milczenie, gdy pójdziesz na wernisaż jakieś wystawy i zgromadzeni będą oczekiwać twojego słowa. A ty wyjdziesz wcześniej z tysiąca banalnych powodów. Potem możesz pocztą dostać pozew, bo ludzie na wernisażu czekali na twoje słowo, ale milcząc i wychodząc obraziłeś ich/poczuli się obrażeni.
Kiedyś staliśmy twardą nogą na płytach tektonicznych. Chodziliśmy po nich, jak po swoim domu. Jak po swoich chodnikach. Znaliśmy je. Biegaliśmy po nich na lewo i prawo. Podróżowaliśmy po nich. Rodziliśmy na nich swoje dzieci. Uprawialiśmy pola, ugory. Nie spostrzegliśmy jednak, że każde ich tąpnięcie spycha nas na krawędź, bliżej krawędzi. Często płyty ruszały się za naszą sprawą: wszczynaliśmy wojny, nie dbaliśmy o środowisko. Na naszych płytach zabijaliśmy wszelkie życie.
Chyba potem spadliśmy…