Fotografia 10.

Kaukaz 039
Rzeka Ibar w kosowskiej Mitrovicy. Miasto podzielone na pół między europejski islam i prawosławne chrześcijaństwo. Na pobliskim dużym moście stacjonują siły rozjemcze. Gdy starsi się biją, dzieci kąpią się razem w granicznej rzece, która na tym odcinku przestaje być graniczna. Heraklitowa rzeka, która wszystko zmienia – na szczęście. Bawiące się dzieci zatruwają resztę rzeki swoim entuzjazmem. Jeśli nie można czegoś połączyć, to wypada nauczyć się żyć obok siebie. Mała kładka nad wielkim podziałem. Tak jak pajęczyna: małe, ale silne nitki.

Podobno za niedługo zgaśnie nasze Słońce. Za jakieś pięć, sześć miliardów lat. Pytam sześcioletniego siostrzeńca, co go bardziej interesuje: historia, czy przyszłość? Malec bez namysłu woła: Przyszłość wujek, przyszłość – żebym mógł w końcu cofnąć się w czasie!
Na popularnym portalu ktoś zapisał: „Jestem uduchowiona bardziej niż przypuszczałam, wrażliwsza niż się obawiałam, głupsza niż się spodziewałam, naiwniejsza niż mi mówiono i kocham mocniej, niż mogę być kochana. Więc mam to w dupie. Choruję na przewlekłe boarderline, paranoję i jestem histeryczką. Bóg nie istnieje, a Facebook jest jak dziwka – jak nie ma nic lepszego marnujesz czas i pieniądze korzystając z jego usług. Wychodzi na to, że się stoczyłam. Lubię samochody i motocykle, więc jestem blacharą od małego. Lubię dużo jeść, spać i nie pracować. Cenię sobie spokój i pełen brzuch. Moim idolem jest Kubuś Puchatek i Detektyw Rutkowski z goździkiem. Mam wrażliwy nos. Kocham perfumy. Szczególnie cenię sobie naturalne nuty – zapach czosnku i cebuli o poranku – to mój afrodyzjak. Strasznie kręcą mnie też warzywa. Z rozrywki, to nie wiem. Tańczyłam dużo, ale jestem połamana, więc nie umiem już nikogo wyrwać na dysce. Fajne filmy mnie nudzą, z głupich wychodzę, bo nie mam cierpliwości, będącej objawem nerwicy. Do kina nie chodzę bo jest zimno, za głośno i niewygodnie, na kanapie zasypiam. Lubię wino, ale jestem po nim nietowarzyska, więc raczej piję do obiadu, żeby nie mieć jak mówić i być szorstka. Po wódzie mi odpierdala, więc odstawiłam, a whisky lubię pić sama bo mam wtedy więcej. Jak mi się coś przypomni – dopiszę”.
Na łące każda trawa jest inna – choć wszystkie takie same. Zielone, mniej lub bardziej bujne. Czasem położy je wiatr, czasem przejedzie kosiarka, kombajn. Trawy zmieniają właścicieli, buduje się na nich domy i pasy startowe. Skoszone pachną pamięcią. Są pokarmem i czarną wypaloną plamą na bezkresie. Z okien samolotu wyglądają jak przyszyte łaty. Z okien samolotu w ogóle wszystko jest inne. Trawy rosną same. Są samodzielne. Nie potrzebują skomplikowanych nawozów, uzdatniania i nadmiernej troski. Wystarczy im nie przeszkadzać. Dać im rosnąć. Wznoszą się w określonych porach, w swoim rytmie. Czasem przecięte ścieżkami.
Ale są na Ziemi miejsca, gdzie trawy nie wyrosną. Nie ozdobią pustynnego krajobrazu swoją zielenią – zresztą po co? Pustynia jest sobą sama w sobie. Piękna na swój sposób. I nie jest gruntem podatnym na asymilację. Podobnie skaliste góry. Podobnie morskie i oceaniczne tafle. A śniegi Grenlandii? Nie każde miejsce na Ziemi jest do wszystkiego. I nie wszystko nadaje się do-wszędzie.
Siedzę na kamieniu przed podróżą. Trawy to ludzie. Systemy polityczne i gospodarcze. Wierzenia, obyczaje, pogmatwane historie. Pola przeorane, wykoszone i wypalone historią najazdów. Na przestrzeni lat zmienia się okienko w samolocie. Kiedyś było małe i wąskie. Ale dzieci nie potrzebują od razu wielkich okien. Z jednej strony niepewność przyszłości. Z drugiej ochota na niewiadome. Podwójna natura, która każe iść. Metysowość. Pół na pół. Łacińskie mixtus. Niewiedza pomieszana z pewnością. Asekuracja z ryzykiem. Wiara i zwątpienie. Podróż zaczyna się długo przed wyruszeniem, gdy najpierw w głowie musi się ułożyć, znaleźć swoje miejsce. I nigdy podróż nie kończy się z powrotem, tak jak nigdy związek z rozstaniem. Podróż to zapakowane w przezroczysty worek winogrona – samo oglądanie jest już przyjemne. Podróż jest jak świeże masło w maselniczce – unoszę pokrywkę i mogę smarować chleb, bułki… Sama potencjalność możliwości już jest wyruszeniem w drogę. Pakowanie i rozpakowanie. Ładownie filmów i wywołanie zdjęć. Następstwo czasów.
Paradoks. Podróż na wschód jest podróżą na zachód. Im dalej na wschód, tym bliżej do zachodu. Jadąc ku Słońcu zmieniam czas do przodu. Im bardziej w świt, tym bardziej w zmierzch. Na ręce przekręcam wskazówki do przodu, gdy fizycznie Słońca mam coraz mniej. Oszukane ucieka nade mną. Widzę je coraz szybciej, ale coraz krócej. Czym szybciej je gonię, tym szybciej ucieka. W tym sensie jadąc na wschód wędruje się w czasie. Wędrując na wschód ubywa życia…