Fotografia 12.

Iran 204
Jedno z wielu miast. Teheran. Zdjęcie zrobione z wieży telewizyjnej Milat (436 metrów). Ogrom miasta widoczny z góry. Gdy spaceruje się po aglomeracjach, nie widać ich wielkości i rozłożystości. Gdy jedne podzielone są symetrycznymi cięciami ulic, inne – jakby budowane na prędce – mają w sobie coś z usypanego na plaży piasku: żadnego porządku i ładu, choć stanowią zwartą strukturę. A między nimi wszystkimi miliony ludzi krzątają się jak mrówki. Gdzieniegdzie widać miasta w mieście, wydzielone enklawy. Albo zielone hektary parków. Z góry nie widać szczegółów, a perspektywa się zaciera – choć jest największa. Każde miasto ma swoją wieżę.

Jean Baudrillard nie był optymistą. Zapisał w swojej „Ameryce”: „W Europie ulica żyje tylko w porywach, w chwilach dziejowych wydarzeń, podczas rewolucji, na barykadach. Na co dzień wszyscy dokądś pędzą, nikt już nie błąka się po mieście bez celu, włóczęgi należą do przeszłości. To tak jak z europejskimi samochodami: nie żyje się w nich, bo brakuje im przestrzeni – czy raczej przestrzeń ta uchodzi z publiczną, nosi na sobie piętno wszystkich oznaczeń sceny publicznej, co jest równoznaczne z zakazem przekraczania jej granic i jej odwiedzania, jakby była pustynią albo ziemią niczyją.” Rzucony w wir wydarzeń od ponad dwudziestu lat podróżuję po świecie. Jeśli wierzyć przysłowiom (Cudze chwalicie swego nie znacie albo Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej) swoją przygodę, jak przystało na Europejczyka, zacząłem od Europy. Gdy po latach dotarłem na różne krańce Ziemi, Stary Kontynent nabrał innego znaczenia. Przez porównania można zobaczyć więcej. Ze światem jest podobnie, jak z literaturą: jedna książka wiosny nie czyni. Dopiero później, gdy liczne biblioteki zostają za plecami, można dokładniej określić charakter tej czy innej opowieści. Ale porównania mogą być także zgubne, tym bardziej gdy nabierają charakteru wartościującego. Czy są miasta lepsze lub gorsze? Święte i przeklęte?
Byłem wszędzie w Europie. W każdym państwie, w każdej stolicy. Niemal w każdym większym mieście. Nad rzekami i jeziorami. W górach wysokich i niskich. Przeszedłem niziny i wyżyny. Jadłem wszystko. Widziałem narody wolne i zniewolone, walczące i niepodległe. Najniżej na południu i najwyżej na północy. Od Atlantyku po Kaukaz, i dalej. Od największych muzeów po najmniejsze wsie. Tłukłem się pociągami, samolotami, drogami z dziurami (albo raczej dziurami z drogami), metrem, marszrutkami i piechotą. Napisać o Europie – to osobna historia.
Gdy spoglądamy na Ziemię okiem astronautów, jest ona tylko zamazaną plamką na firmamencie nieba: mała i nie jedyna. Gdy spojrzymy na Europę z perspektywy świata, to zaskakiwać może jej niewielka powierzchnia: coś między ogromną Afryką a przeogromną Azją. Gdy w końcu zobaczymy na mapie Polskę, widzimy jeden z dziesiątków krajów średniej wielkości: trochę w środku i trochę na obrzeżu. Kwadratowe koło. Oko kosmicznego teleskopu dostrzeże miasta większe i mniejsze, miasteczka i wsie. Kilkanaście rzek, trochę gór i morze. Niezgrabne sieci dróg. Ale gdy luneta przesunie się na wschód czy zachód, na północ czy południe Europy – zobaczy także dokładnie to samo (minus lub plus kilka mało znaczących krajobrazowych różnic).
Prawo do miasta. Myślę, czy jest coś takiego? Coś, co można widzieć w małej skali, później łatwo przetransponować w większe porównanie (z marginesem błędów i uwagą, że piksele się rozjadą). Jednak do każdej mieściny prowadzi wiele dróg. Bardziej będzie to więc rozmowa o prawach człowieka, niż prawach miasta. A kluczem może okazać się historia, gdy bowiem drzwi otwieramy wytrychem, o tej często się zapomina. Czym innym będzie dla wędrowca prawo do osiedlenia, a czym innym dla tubylcy (używając Baumanowskiej terminologicznej metafory) prawo do zagospodarowania. Czym innym będzie możliwość wyboru dla pierwszego jednej z dróg i parcel, a czym innym dla drugiego kolor elewacji lub kształt skweru. W jednym z miast Wschodu zauważyłem w urzędzie tablicę: departament absorpcji cudzoziemców. Czy więc prawo do miasta będzie tylko prawem, czy aż obowiązkiem?
Mówi się: co kraj, to obyczaj. Podróże oduczyły mnie wartościującej gradacji. Gdy widzę różnice, staram się nie oceniać, a jedynie chłonąć magię miejsca. Jeden woli tak, inny inaczej. Jeden ma mniej pieniędzy, drugi więcej – stąd zróżnicowania w kolorach, materiałach i umownych kanonach czystości. Nie wszystkim na wszystko pozwala religia i miejscowy obyczaj. Gdy leje deszcz przez dach, trudno zbierać daktyle. Specyfika miejsca podobna jest do dziecięcej malowanki, gdy puste pola trzeba wypełnić określonymi kolorami. A gdyby dziecku zabrać legendę? W jakimś bowiem sensie Europa pogubiła się w jurysdykcji. Przewartościowała stałe w stronę płynnych, które nadal nazywa stałymi. Przeinwestowała. Szastała ideą.
Gdy ostatnio wracałem samolotem z Madrytu, siedząca obok Ukrainka zachwycała się widokiem Warszawy tuż przed lądowaniem. Piękne osiedla domów jednorodzinnych: wszystkie takie zadbane, kolorowe wyspy dachów na bezkresie połaci ugoru. Czerwone, czarne, piaskowe, żółte. Zwarte zabudowy przedmieść. Gdzieniegdzie oazy zieleni, jakieś lasy, wiosenne łąki. Perspektywa kilometra nad ziemią pokazuje rzeczy, które umykają na co dzień, gdy dziurawy chodnik spycha do kałuży. Natalia była wyraźnie zauroczona. Polska jest taka kolorowa – powiedziała naturalnie wzruszona. Gdy kilka dni wcześniej chodziłem po burbońskim Madrycie, oko szukało różnicy. A ta zdaje się tkwić w historii.
Prawo do miasta. A może obowiązek? Rzecz opiera się w końcu końców o politykę; tę wypadkową oczekiwań, obietnic, robienia na złość drugiemu, malwersacji, nieprzemyślanych i krótkowzrocznych decyzji. O budżet, który zawsze jest za mały. Czym jej mniej, tym lepiej. Albo system tworzy ludzi, albo ludzie system: w tym sensie Europa nie jest w najlepszej kondycji. Rzeczy proste okupione są zbyt dużą ceną – trwają za długo, przez co są za drogie i zniechęcające. Nie można wręcz nie odnieść wrażenia, że często rządzą paradoksy. Jak bowiem pogodzić prawo właściciela z tzw. „oczekiwaniem społecznym”? Gdzie jest granica między „mogę” a „nie muszę”? Czy mogę mieć czerwony parapet, jeśli chcę? A czerwony dach, gdy w koło są czarne? Czy mogę nosić zielone spodnie? Czy mówiąc „nie lubię gejów” już ktoś może poczuć się obrażony? Prawo do miasta staje się nie-prawem do wsi. Kogo obrażam malując płot w kwiatki, albo w korany i biblie? Ale z drugiej strony: czy to nie doprowadzi do wojny? Najpierw z sąsiadem, potem z drugą dzielnicą i z kolejnym miastem…
Człowiek z natury jest kreatywny i twórczy, a całkiem dobrze (jeśli nie najlepiej) sobie poradzi, gdy sam zostanie pozostawiony samemu sobie. Polskie miasto nie będzie wyjątkiem: zazdrośnie podglądane oczyma wędrowców szukających domu, ale i przeklinane językami sfrustrowanych zasiedziałych malkontentów. Tak, jak Europa nie jest jednorodna, tak miasta w niej nie będą takie same. Można zunifikować tablice rejestracyjne (choć kilka krajów i tak postawiło na swoim), ale czy można ujednolicić reklamy? Podróże uczą tolerancji, a zdziwienie wydaje się być refleksem niezrozumienia. Być może jeszcze nie wszystkie chodniki są wybudowane – ale mój dom nie stoi chodnikiem. W tej samej Europie, wieki temu, Rzymianie stawiali kamienie milowe i kurierskie. Kilka tygodni temu, gdy samolot dotykał ziemi, wiedziałem, że wracam do siebie, do miejsca, do którego mam prawo. Ale nie chciałbym, by to „prawo do miejsca” przerodziło się w „obowiązek do nie-miejsca” – niejako w konieczność emigracji.