Live

Turcja 2009 160

Szlaki ludzkich wędrówek.

Przecież od zamierzchłych czasów człowiek podróżował, a droga od początku była jego znojem. – Dlaczego nieustannie podróżuję, skoro tak bardzo boję się podróży? – retorycznie pyta wielki Sven Lindqvist w „Wytępić całe to bydło”. Literacko homo wygnany opuścił Eden albo szedł miliony lat z obrzeży Afryki i Azji. Walczył, zabijał i ginął. Uciskany albo szukał ojczyzny, albo bywał z niej przepędzany. Solon uchodził do Egiptu, na Cypr i do Lidii za krwawych rządów Pizystrata, a Ksenofont z Cyrusem wracał po przegranej walce do rodzinnej Hellady. Wszystko na swój sposób opisywali jońscy logografowie, stając się pierwszymi podróżnikami, a największym z nich był Herodot. I choć w starannych opisach kronikarze często mieszali mity z realną prawdą – nie oddzielając faktów od fikcji, to można powiedzieć, że ich literacka spuścizna legła u podstaw całej późniejszej literatury podróżniczej. Piętno swoje odcisnęli także Tukidydes i Pauzaniasz, dzięki którym znana jest i Wojna Peloponeska, i architektoniczny wygląd całej ówczesnej Grecji. Więc człowiek zawsze szedł, czy to z mieczem, czy pod miecz. Cały Stary Testament jest księgą podróży: wygnania i poszukiwania. Wędrówki do Ziemi Obiecanej. A potem kolejni geografowie-odkrywcy spisywali dzieje świata – i tak od średniowiecznego arabskiego Ibn Battuty, przez zamorskie wyprawy konkwistadorów Krzysztofa Kolumba, Vasco da Gamy i Ferdynanda Magellana, aż po dzisiejszych obieżyświatów. – Areias de Inferno – wycedził przez zęby Bartolomeuz Diaz, stawiając kamienny krzyż na brzegu. Piach z piekła. Nazwa nadana przez portugalskiego żeglarza w 1487 roku doskonale oddaje charakter wybrzeża Namibii, które stając się cmentarzyskiem kolejnych statków, zyskało złowrogą sławę jako Wybrzeże Szkieletowe (Skeleton Coast) – piszą Kobusowie w swojej „Namibii”. Albo inny fragment, u Mroziewicza: – To nie Indusi, nie Chińczycy, nie Inkowie, nie Murzyni odkrywali świat. Oni mieli świat u siebie. Świat odkrywali Europejczycy, bo góry i lasy mieli niewielkie, łatwe do przekroczenia.

Na przestrzeni wieków nazywano ich wędrowcami, nomadami i pielgrzymami. Szli przez świat aojdowie, trubadurzy, minstrelowie i bardowie. Włóczyli się włóczędzy i dziadowie, z których najbardziej znanym pozostał lirnik kozacki Wernyhora. Z biegiem czasu podróżnik stał się pasażerem i wycieczkowiczem – a dziś także emigrantem, zesłańcem, uciekinierem i przesiedleńcem. – Bo nie można zrozumieć emigranta, jeśli naprzód nie usłyszy się jego świadectwa – zaznacza Albańczyk Gazmend Kapllani. Podróżowali poeci, pisarze i naukowcy. Swoją drogę odbył Darwin, Malinowski czy Hemingway, dla którego podróż stała się nieustającą prozatorską inspiracją: – W drodze powrotnej popijał piwo marząc o przyszłości. Pragnął teraz jedynie wrócić do Afryki. Był spragniony czegoś więcej: zmian pór roku, deszczy bez konieczności podróżowania – a nawet niewygód, za które się płaci, żeby było to rzeczywiste. Chciał tam osiąść, nauczyć się języka, nie spieszyć się przed nadejściem deszczy, działać powoli. – a wszystko spisane ręką Carlos Baker na kartach biografii noblisty. Od zarania dziejów podróż była więc losem człowieka, stając się jego ludzkim przeznaczeniem. Zygmunt Bauman w swojej „Europie, niedokończonej przygodzie”: – Podobnie jak nasi przodkowie trzy stulecia temu, wspinamy się zboczem w stronę przełęczy nie tkniętej ludzką stopą, nie mamy zatem pojęcia, jaki widok ukaże się naszym oczom, gdy tam staniemy. Nie wiemy, dokąd prowadzi kręty wąwóz; wiemy jedynie, że nie możemy przerwać naszej wędrówki tutaj, na stromo wznoszącej się ścieżce. […] Idziemy więc dalej – bo nie możemy zbyt długo stać w miejscu. Dopiero, gdy staniemy (jeśli staniemy) na przełęczy i ogarniemy wzrokiem krajobraz po drugiej stronie, nadejdzie pora w pełni świadomej wędrówki. Ruszymy w dalszą drogę, co przyciągani przez nowe widoki, nowe cele i wybrane przez nas miejsca.

Przemyślenie myśliciela wydaje się na tyle trafne, że wskazuje w swojej istocie na powody, dla których człowiek zmusza się do nieustannej wędrówki. Mimo już osiągniętych celów, mimo zaspokojenia własnej ciekawości i rządzy poznania, człowiek (czyli ja i ty) podróż ma niejako wpisaną w geny. Czy istnieje więc coś takiego, jak gen podróży, który na swój sposób Ryszard Kapuściński nazywa chorobą, i to w dodatku chorobą nieuleczalną? Czy człowiek może nie podróżować? Czy w potencję rodzaju ludzkiego wpisana jest moc, czy niemoc? Czy w końcu bezruch jest naturalnym środowiskiem człowieka? Nie ulega wątpliwości, że na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci nastąpił gwałtowny i raptowny przyrost wszystkiego tego, co potocznie zwiemy podróżą. Świat zdefiniowany przez Francisa Fukuyamę jako miejsce, gdzie skończyła się historia, z dnia na dzień zaczął pisać swoje nowe rozdziały – sam dając odpór twierdzeniom filozofa. Przez ostatnie pięćdziesiąt lat człowiek, z różnych powodów i na różne sposoby, wzmógł dziesięciokrotnie swoją podróżniczą aktywność w porównaniu z pięciuset latami wstecz. Hiperpodróż gatunku ludzkiego stała się częścią jego losu i jego dziejów – a wszystko to wydarzyło się na kontynentach wolnych od światowych konfliktów militarnych, gdzie migracja nie jest koniecznością wysiedlenia, a tylko i wyłącznie skutkiem tzw. procesu bytności, w ramach którego panuje wręcz powiedzenie: kto nie podróżuje, ten ginie. Taką dziś rysuje się Ziemia. Chińczycy mawiają, że aby poznać drogę, trzeba zapytać tych, którzy powracają. W tym sensie podróż nie znosi teorii, a literatura podróżnicza staje się w efekcie zapisem laboratoryjnego doświadczenia – to nie fikcja, nie przypuszczenie i nie wyobraźnia. Każda podróż będzie więc rodzajem szpitalnej operacji z cięciem, wiwisekcją i skrupulatnym zszywaniem. – Opisałem to, co widziałem, tak jak zrozumiałem. Jeżeli coś było czarne, to jest opisane jako czarne, żółte jako żółte, a czerwone jako czerwone. Bez znaczenia, czy dotyczy koloru ziemi, czy ludzkiej skóry. – wprost mówi Kossowski w „Tyglu”. Podróż, skazana na utratę, przeszła przez tysiąclecia swoją drogę. Nieodzownie: kto podróżuje, ten traci. Ale kto nie podróżuje, ten ginie. Doświadczenie drogi jest jak brud za paznokciami: świadczy, przypomina i uwiera. Zachodzi za skórę. Podróż targa namiętnościami i beznamiętnie porzuca. Nie ma współczucia i litości – tylko krew i pot. Czy więc warto?