Live

ZEA XII 2010

Lubię latać.

Lubię latać. Strasznie lubię latać. Bardzo strasznie lubię latać. Embarkacje na lotniskach. Wielkie płetwy skrzydeł. Zapinasz pasy, kołujesz i w niebo. W świat. Nad Ziemię. Magia lotu, jak kiedyś zapytał Hawking: „…Kiedy na przykład idziemy w samolocie odrzutowym z filiżanką herbaty, możemy powiedzieć, że poruszamy się z prędkością 3 kilometrów na godzinę. Ktoś na ziemi mógłby jednak powiedzieć, że nasza prędkość wynosi 903 kilometry na godzinę”. Piękna względność rzeczy. W portach piloci, mknące stewardessy, walizki na karuzelach. Zapachy świata. Ludzie z wszystkąd. Zagubieni wędrowcy. Bajecznie bogaci klowni. Timetables czytane jak Biblia z Koranem i Talmudem. Ruchome schody w niebo. A potem przechyły nad Saharą, granatowe oceany – i nie wiesz, co jest wodą, a co niebem. Stateczniki. Silniki. Bandery. Wracałem z USA i stara jak świat góralka mówi: niech mi panoczek uchyli ten pawlacz. Potem poprosiła o „oran dżus jabłkowy”. Latające wieże Babel. Minus pięćdziesiąt. Tysiąc na godzinę. Dziesięć kilometrów nad grobem – tyle nas dzieli. Słońce: raz zachodzi, raz wstaje. Chmury – z głową w chmurach. A potem te światła miast. Miliony świetlików. W Argentynie przy półwyspie Valdes jest wysepka, którą Exupery oglądał ze swojego płatowca i mówi się, że patrząc na nią wymyślił słonia w kapeluszu z Małego Księcia. Biorę łódkę i płynę dookoła niej. Cofanie i przyspieszanie czasu. Turbulencje. Pokonanie grawitacji. Sen. Jean Baudrillard: „…Aeronauta – misjonarz milczących większości i fatalnych strategii, przeskakujący z kocią zręcznością z lotniska na lotnisko; dzisiaj płonące lasy New Hampshire, szybkie odbicie w lustrze Nowej Anglii, wczoraj wertykalna łagodność drapaczy chmur, jutro Minneapolis o nazwie tak słodkiej – pajęczynie głosek czejeńskich i greckich, przywodzącej na myśl promienistą geometrię, na skraju wiecznych śniegów, na horyzoncie zamieszkanego świata…”. Sen. Airbusy. Migotanie świata.