Kilimandżaro

Kilimandżaro. Dla Masajów to „Góra, która lśni”.

Piękna przygoda na Dachu Afryki – tego nie można zapomnieć. Sam szczyt. Najwyżej. Idę po płaskowyżu wulkanu, wokół góry lodowe, brunatne skały lawy, krajobraz księżycowy. Cicho jak w niebie. Ani nic, niczego. Lekki podmuch. Poniżej Kenia, Tanzania. Rozpostarta na wszystkie strony stara i dobra Afryka. Widok na Mont Meru. U podnóża Hemingway szukał weny do „Śniegów Kilimandżaro”, a Karen Blixen żyła swoim „Pożegnaniem z Afryką”. Wszystko podane jak na tacy. Wciskam do kieszeni kilka kamyków. Robię sto zdjęć. Dotykam nieba. Płaczę.

Jest taki moment, kiedy już prawie jesteś na szczycie, już za chwilę: ścieżka między Stella Point a wierzchołkiem Uhuru Peak – te ostatnie dwieście, może trzysta metrów, prawie w poziomie. Lekkie przewyższenie, ale nic nie idzie. Nic. Nic. Oczy widzą deski ostatniej tablicy – TWÓJ SZCZYT. Sześć tysięcy powyżej oceanu. Lodowiec skrzy po obu stronach, a w oczach jedno majaczenie. Krawędź obłędu. Nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Noga nie chce zrobić kroku. Na plecach jakaś płyta betonowa – a to tylko mały plecak z niezbędnym ekwipunkiem. Ręce wiszą bezwładnie. Łapię tlen jak ryba. Zamroczenie, jakby Gołota dał mi w pysk. Pokrojony lodowcowy tort.

KilimandżaroNie chodzę po górach. Nawet nie za bardzo je lubię – wolę morza i oceany, a najbardziej pustynię. Kilimandżaro jest wyjątkiem – nie, nie pójdę na Everest. Wdrapałem się tu prawie na czworaka. Wychodzisz o północy z ostatniej bazy i idziesz w górę. Latarka. Zimno. Metr, metr, metr. Trzy pary rękawiczek. Kominiarka, czapka, dwa puchowe kaptury. Ludzie mówią, by wyruszyć nocą, bo w ciągu dnia widok szlaku w górę może załamać największych optymistów – coś w tym jest. Dobrze, że tego nie widziałem. Gdy za chwilę schodziłem w dół, nie wierzyłem, że szedłem tędy w drugą stronę. Mijałem wielu załamanych i nie chcę tego pamiętać – jakbyśmy grali w dwóch różnych filmach. Osuwiska wulkanicznego żwiru, kamienie i jeden pion. Ślisko. Kilimandżaro nie jest górą – jest przeżyciem. A było to tak…

Najtrudniej zebrać ekipę. Od słowa do słowa. Gwar. Hałas. Licytacje. W końcu najmuję trzech silnych tragarzy (porterów), kucharza i przewodnika z pomocnikiem – robi się z nas całkiem zgrana siódemka. O zmierzchu spożywcze zakupy, nocą pakujemy ekwipunek i nim słońce dosięga sawanny, tniemy dżipem szosą na północ. Przy głównej bramie już od świtu zbierają się inne ekipy. Japończyk. Kanadyjka. Dwoje Szwajcarów. Trzydzieści dziewcząt z brytyjskiego collegu potrzebuje około stu osób obsługi – i karawanami ruszamy w górę. Mamasé (przewodnik, zwany popularnie z angielska „guidem”) waży na kciuku mój plecak i mówi: – Jeśli chcesz wejść na Kilimandżaro, najważniejsze są trzy rzeczy. Idź powoli, pij wodę i myśl pozytywnie. Reszta nie ma znaczenia.

I szliśmy razem. Ramię w ramię. Noga w nogę. Przez gęsty tropikalny las, przez wrzosowiska, po białych kamieniach wyschniętych polodowcowych jęzorów. Szczyt to majaczył, to chował się za skalnymi przełomami. Cisza gwizdała wiatrem. Mijał dzień, drugi, trzeci, czwarty. Noce przeszywały dreszczem. Czasem słońce tak paliło, że szukaliśmy cienia do pierwszych wysokich chmur. Wielka Afryka leżała coraz niżej i niżej.

KilimandżaroObóz Machame. Obóz Shira. Potem Barranco, Karanga i Barafu. Szliśmy, szliśmy i szliśmy. Cień w cień. Po błocie, po kamieniach. A idąc myślisz o wszystkim: o pracy, o rodzinie, o planach. Myślisz o tym co było i co schrzaniłeś. Zajmujesz głowę byle przygodą. Tip top. Tip top. Tip top. Pijesz wodę, śmiejesz się z Japończyka, zagadujesz Kanadyjkę. Brytyjskie nastolatki jakby tyle co wyszły na „Piknik pod wiszącą skałą”. Wczesnym wieczorem rozbijasz namioty, kucharz robi swoje, patulisz się w śpiwór i byle do rana – gdy już rosa płynie po jasnym brezencie.

125 lat temu Kilimandżaro zdobyło dwóch pierwszych śmiałków: Europejczycy Meyer i Purtscheller. Nie wierzę, że ludy Czaga nie weszły tam wcześniej. Nie wierzę. Legenda głosi, że trzy tysiące lat temu na Kilimandżaro wdrapał się nieślubny syn królowej Saby i króla Salomona, Menelik I – i umarł na szczycie. Mamasé, zanim został przewodnikiem, pięć lat robił za portera. Pewnego razu rozentuzjazmowany Niemiec tak machał z radości kijkami do trekkingu, że ubił mu pół białej jak śnieg jedynki. Dziś, gdy mówi i opowiada, pluje bezwładnie przez szparę na lewo i prawo. Bez niego nie wszedłbym na tę górę.

Po wszystkim dostaję dyplom/certyfikat. Trzysta siedemdziesiąt osiem tysięcy sto pięćdziesiąta druga osoba. Porterzy i kucharz stają w rzędzie i śpiewają uroczystą pieśń Czaga o Śnieżnej Górze. Wieczorem zapraszam Mamasé na kolację, ale odmawia. – To przynosi pecha. Mówi, że był na Kilimandżaro z dwieście razy, ale miejscowi nie dostają certyfikatów. Daję mu jakieś drobne, trochę ciepłych ciuchów i mój wielki zielony plecak. Wiemy, że jeszcze się zobaczymy, bo chciałbym napisać o tym wszystkim książkę. „Porterzy z Kilimandżaro”.