Dezokracja…

Foto'Dezokracja'

Czasów ponowoczesnych nigdy nie było. Gdzie więc jestem? Żyjemy w czasach dezokracji. Zjawisko to nie jest ani kolejnym zwrotem czy też przełomem, nie jest także szkołą badawczą – choć wszystkim tym może być po części. Czasy, w których przyszło nam żyć, nie są niczym stałym i pewnym, a raczej zdestabilizowanym i zderegulowanym. To okres Dezokracji. Wzięta od Reinharda Kosellecka alegoria przełęczy górskiej, czy też druga nowoczesność Ulricha Becka oraz Baumanowska płynna nowoczesność również oddają w pełni rzeczywistość świata po XX-wiecznych –izmach i działaniach wojennych, jednak dla mnie wszystkie one sprowadzić można do wspólnego mianownika – to czasy wszystkich de-.

Koniec ubiegłego stulecia, będący także cezurą tysiącleci, wielka rewolucja techniczna z wirtualną rzeczywistością i teleportacją w tle, generalny upadek systemów kolonialnych i totalitarnych (w świetle przemyśleń Francisa Fukuyamy śmierć systemów totalitarnych otworzyła jednak nowe perspektywy i pozwoliła na nowo zadać odwieczne pytanie o postęp gatunku, F. Fukuyama, Koniec historii, Poznań 1996, str. 24) oraz gigantyczny przyrost naturalny skutkujący migracjami i przeludnieniami nie pozostawiają cienia co do możliwości wysnucia tezy, że żyjemy w dobie nowoczesności minus jej iluzji (pojęcie przywołane przez Zygmunta Baumana dla próby zdefiniowania ponowoczesności jako czasu nowoczesnego, ale bez złudzenia o ładzie doskonałym czekającym u kresu drogi, por. Życie w kontekstach, Z. Bauman, R. Kubicki, A. Zeidler-Janiszewska, Warszawa 2009, str. 110) – czyli w czymś nowym. Ważkim w tym kontekście wydaje się także termin deregulacji, który od lat towarzyszy wszelkim przemianom społecznym i traktuje głównie o zmniejszeniu oddziaływania państwa na ekonomiczną sferę kraju, cechując się w gospodarkach rozwiniętych (najczęściej liberalno-demokratycznych) brakiem ingerencji w ustalanie cen oraz jakości dóbr i usług. Zwrot ten w znaczeniu gospodarczym ściśle wiąże się z procesami liberalizacji handlu (jak chce wspomniany już Francis Fukuyama tylko liberalna demokracja nie jest obciążona fundamentalnymi wadami, sprzecznościami wewnętrznymi oraz niedostatkiem racjonalności, czyli tym, co wiodło dawne ustroje do nieuchronnego upadku, F. Fukuyama, Koniec historii, Poznań 1996, str. 9) oraz prywatyzacji mienia – zwanymi potocznie właśnie deregulacją.

Dezokracja, biorąca pewnie swój początek we wspomnianych powyżej czasach rozkwitu światowej rewolucji technicznej, będzie więc pojęciem-kluczem, kanwą ku lepszemu zrozumieniu otaczającej nas i coraz bardziej rozproszonej rzeczywistości. Jako siostra demokracji, a pewnie młodsza, w wielu pismach znajduje mnogość dla siebie uzasadnień. Sama w sobie będzie Derridiańską dekonstrukcją, której inicjatywa lub odkrywczość polegać może jedynie na otwieraniu, odblokowywaniu, rozstrajaniu struktur zamykających, po to tylko, by umożliwić przejście innego (R. Nycz, Postmodernizm, antologia przekładów, Kraków 1997, str. 105). Czasy dezokracji będą więc dekolonizować (poprzez cały postkolonialny dyskurs), demitologizować, deflorować, denominować, dewaloryzować, czy też dekapitalizować. Są bezsprzecznie także czasem depresji, dezercji, wszechobecnego defektu z jego ciągłym usuwaniem (poprzez zaprowadzanie ładu), czasem dekoderów, depilacji i desygnatów. Na naszych oczach następuje dezurbanizacja, desegregacja i dekompozycja. Codziennie deheroizujemy naszych bohaterów, dekomunizujemy naszych wrogów i deliberujemy o naszym końcu. Ale po końcu też jest coś. Po dekonstrukcji świata przychodzą wszelkiego rodzaju kompromisy, bardziej czy mniej bolesne rewizje, pocieszenia (J. Baudrillard, Rozmowy przed końcem, Warszawa 2001, str. 141).

Kultura nie znosi pustki. Kolejne pojęcia deziluzji, deliberacji czy deszyfracji konotują w zakresie ogólnie pojętej deterytorializacji cały, szeroki pakiet znaczeń. Podobnie, gdy mówić będziemy o decentralizacji, destabilizacji, dezorganizacji czy dyskredytacji, a występująca obok nich dezinskrypcja z dyslokacją nie są słowami bynajmniej przypadkowymi – oddają bowiem bardzo rzetelnie charakter świata początku XXI wieku. Identyczne struktury słowne występują, gdy mówimy o zjawiskach dezintensyfikacji, deeskalacji, demistyfikacji czy też deformacji i deprawacji. Czyż dziś, w świecie progu tysiącleci, nie odnosi się wrażenia o deformacji znaczeń, o deprawacji coraz to nieletnich? Czy dyskredytacja nie jest bronią wielu, a jak licznym zależy na destabilizacji i dezorganizacji? Czy dyslokacja wojsk nie jest najbardziej obecnie aktualnym terminem militarnym?

Czasy dezokratów. To ani kierunek filozoficzny, ani – tak, jak napisałem powyżej – nowa szkoła myślenia, a jedynie jeden ze sposobów odbioru i czytania świata, metoda na interpretację tekstów kultury, obecna praktycznie wszędzie: w filozofii, w antropologii, w socjologii i w literaturze. Mnogość jej zastosowań, w formie nazwy własnej, określa z jednej strony czas początku XXI wieku, a z drugiej pozwala komponować własne muzyki do tyle co zdekomponowanych utworów. Nie zna również granic i nie potrzebuje paszportów, mając bowiem w sobie tę bezsporną zaletę, że w translacji jest uniwersalna i dostępna – co w globalnym świecie jest marką nie do przecenienia.

Wychodząc z powyższych założeń, w oparciu o własne obserwacje z podróży po całym świecie, odwiedzając przez ponad dwa dziesięciolecia sto kilkadziesiąt krajów na wszystkich kontynentach, widząc ludy, narody, religie i systemy polityczno-gospodarcze oczyma „podróży kultury”, od lat odnoszę wrażenie o definitywnym końcu epoki nowoczesności, gdy pojęcie współczesności zwyczajnie już nam nie wystarcza. Termin „ponowoczesność” od pierwszej chwili był wadliwy – zalatywał prowizorką i sugerował błędne o tym, co się dzieje, pojęci – jak chce wspomniany już Zygmunt Bauman. Żyjemy oto w nowych czasach, w których normą jest wielość i mnogość, a prawda i racja, wydaje się najlepiej, gdyby występowały tylko w liczbie mnogiej, jak drzwi, spodnie i nożyczki.