Każdy ma swój Dakar…

Foto'Dakar'Byłem w piekle dwa razy. Trochę jako kibic, trochę jako zwykły pomagier. Nigdy nie wystartuję jako zawodnik, więc jedyne co mi pozostaje, to oglądać. Niestety do tego piekła nie ma biletów i każda chwila wyrwana jest bestii z gardła. Odrobina szczęścia, upór i determinacja – to decyduje, by nie wrócić do domu po jednym czy dwóch dniach. Zresztą wszystkiego i tak nie można zobaczyć i w jakimś sensie Dakar to sztuka wyborów. A wybierają wszyscy: zawodnicy drogę, mechanicy części i sposoby naprawy, dziennikarze tematy i ujęcia. Z dnia na dzień musisz dokonywać setek wyborów, by ciągle pozostać w grze – i naprawdę dotyczy to wszystkich. Miałem okazję oglądać Dakar od kuchni, zobaczyć świat, który zaczyna się po wieczornej mecie i trwa do porannego startu. Takich obrazów próżno szukać w agencyjnych serwisach, na pierwszych stronach gazet i w krótkich telewizyjnych migawkach. Ale właśnie wtedy, gdy zawodnik po ostatnim kilometrze odbija kartę, zaczyna się swoisty dakarowy wyścig zbrojeń: w ruch idą narzędzia, płyny i oleje, zapalają się wszystkie agregaty. Do świtu biwak tętni życiem niepokonanych mechaników i serwisantów z wszystkich krańców świata.

Bo to wszystko, to mityczna sława i rajdowa legenda. Przedstawienie czas zacząć. Warkoty. Opony. Szutry i asfalty. Dakarowa karuzela rozkręca się z dnia na dzień. Nigdy nie wiem, ile zobaczę – ale niczego nie przegapię. Kolorowy świat reklam, możnych sponsorów i dziecięcych marzeń. Piękni chłopcy na swoich pięknych maszynach. Twarde jak stal kobiety. Miód na duszę autofilów i uzależnionych od ścigania. Benzyna zamiast krwi i spaliny zamiast tlenu. Tysiące kilometrów morderczego ścigania. Hektolitry adrenaliny. Czapki z daszkiem i bez – wchodzisz do bajki i naprawdę jest bajecznie. Swąd palonej gumy. Everest sportów samochodowych – Formuła 1 to przystawka. Każdego dnia napięcie się zmienia, a huśtawka nastrojów może prowadzić do obłędu. Tylko w tym jednym roku, tuż tuż przed samym rajdem, umiera syn Jacka Czachora, za chwilę płonie samochód Adama Małysza, dzień później tragicznie ginie Michał Hernik. A potem Rafał Sonik wygrywa rywalizację quadów, a Krzysztof Hołowczyc staje na podium w klasyfikacji generalnej.

Jednak najciekawiej robi się wieczorami, gdy pierwsze skrzypce zaczynają grać wirtuozi Dakaru. To Bogowie. Nigdy nie śpią. Noc to ich dzień. Bohaterowie drugiego planu. Jeśli ktoś widział ocean bez wody, to widział Dakar bez mechaników. Nigdy nie wiem, kto jest ważniejszy: oni czy kierowcy. Krezusi stali. Codziennie, czyli najczęściej od późnego popołudnia, oglądam ich przy pracy. Metodyczni do bólu. Kolorowi w reklamy i flagi. Zawsze najbiedniejsi. Dobroczynni. Milczący. Nigdy nie słyszę, że się nie da, że nie można, że potem. Dakarowy biwak to jeden wielki warsztat samochodowy. Chcesz coś skleić – idziesz do Luisa. Chcesz pospawać – Pedro. Potrzebujesz pneumatyki – szukasz Rosjan. Pożyczasz – oddajesz. Dzisiaj ty, jutro on. Goście, bez których tylko siąść i płakać. Czarodzieje – dla nich nie liczy się meta, liczy się start – bo na start wszystko musi być gotowe. Gdy rano otwieram oczy, jeszcze pracują. Zagaduję z różnymi. Brudni. Spoceni. Zapominani. Rugani za byle co. Patrzę ukradkiem na to wszystko nieco od kuchni. Wielki ogrodzony plac. Targowisko marzeń. Tutaj właśnie urzędują serwisy. Królestwo mechanicznych cyborgów. Całą noc trwa walka z czasem. Reanimacja wszystkiego, co ma nazajutrz jechać. Spawania. Naprawy. Wulkanizacje. Komputerowy szał. Z niczego robi się cudo, które rano musi być gotowe na start. Sen? A co to jest sen??? Mechanicy – drugie oblicze ścigania. Dakar bez serwisu jest jak Atacama bez piachu. Pranie kombinezonów, usługi szklarskie, dekarskie i kanalizacyjne (wydechy, baki, rury i rureczki). Dakarowa rodzina. Latają drony. Turlają się opony. Wszyscy śnią o wodzie, klimatyzacji i cieniu. Mekka reklamodawców. Bogowie. Stworzyciele. Bogowie.

A ja? Jestem tylko dakarowym kibicem. Bez szans na kolorowe pustynne zdjęcia, na „ujęcia życia”. Nigdy nie dotrę w spektakularne miejsca rajdu – nie mam helikoptera. A dni lecą jeden za drugim. Zmieniają się klasyfikacje, nastroje, prognozy. Leje się pot i łzy. Niby wszystko jest dobrze, a tu nagle rach ciach ciach. Trzeba znaleźć sobie swoje miejsce w szeregu. Dzień za dniem patrzę na wszystko z boku. Każdy ma swój Dakar. Widzę. Słucham. Oglądam. Zaglądam to tu, to tam. Znane twarze z wszystkich telewizji. Kolorowe okładki. I znowu mistrzowie drugiego planu: mechanicy, menadżerowie, lekarze. Dyskretni właściciele realizowanych obietnic. Dziesiątki prywatnych rozmów. Zdradzane tajemnice. Kupowana wiedza. Kosmiczna technologia. Trochę jak wesołe miasteczko, trochę jak świątynia. Dakar – piekło na ziemi. Staram się to wszystko opisać, jednak co rusz brakuje słów, na nic nie ma czasu i wszędzie jestem spóźniony.

Ciekawy świat. Inne oblicze świata. Trochę jak cyrk, trochę jak zoo, trochę jak getto. Reżim czasu nie spuszcza ze smyczy. Przechadzasz się kurzowymi alejkami i spotykasz wszystkie pierwsze persony. Roma. Sainz. Coma. Nasser. Peterhansel. Niezmordowany Hołowczyc i Sonik. Małysz. Jesz z nimi śniadania, pijesz kawy, robisz zdjęcia, odprowadzasz na starty. Potem widzisz na mecie: czasem pięć słów, czasem dziesięć minut wyrzucanych wrażeń. Powroty z piekła. Relacje z otchłani: szczere, proste, zerojedynkowe. Bez marginesu. Żywa tkanka rajdu – albo on, albo ty. Albo ty pokonasz rajd, albo rajd pokona ciebie – to nie miejsce na pokojowe negocjacje.

A potem nagle wszystko się kończy. Dakar THE END. Docieram do mety naprawdę resztką sił. Boskie Buenos. Raj dla wygranych po czternastu dniach makabry. Rzeźnia pełna krwi – dojeżdżają szczątki. Koniec męczarni – choć po nikim prawie nic nie widać. Uśmiechnięci. Wygrani. Zwycięzcy. Wszyscy z wszystkimi. Tłumy kibiców. Kawa na ławę. Chodzę pomiędzy z podziwem i rozdziawieniem. Brudni, wychudzeni, starzy i młodzi. Mistrzowie z pierwszych stron i nieznane nikomu pierwszaki. Kobiety z innej bajki. Patrzysz na maszyny po dziesięciu tysiącach bojów. Każdy na resztce wszystkiego – piękno rajdowego świata. Esencja drogi. Trochę ułuda, trochę mania. Enta adrenalina. Uzależnienie od losu, od przeznaczenia, od bólu. Każdy chce tu być, bo jak nigdzie indziej nieobecni nie mają głosu. A potem sam już nie wiesz, czy robić zdjęcia, czy być na zdjęciach? Widzieć przez obiektyw, czy chłonąć gołymi oczyma? Patrzeć, czy wiedzieć?

A ja? Chodzę jeszcze kilka dni po Buenos i czekam na lepsze dni. Pełnia argentyńskiego lata. Przez chwilę poznaję Paulę, córkę sklepikarza. Zabiera mnie na plac Cortazara. Marzy o wyjeździe do Europy. Oczy ma brązowe jak kora. Spieramy się o wszystko – nigdy nie widziała śniegu. Gdy odchodzi, zaczynam myśleć o Polsce…